Czy w Modzelu będzie cenzura?

Piepsz. Pismo naczelnego komitetu organu Ministerstwa Bredni do spraw Bzdur Nonsensu

Czasopismo wychodziło w latach 1989-1991 na terenie XLIX im. Z. Modzelewskiego (później J. Goethego)

Redakcja:
Jan Weryński
Andrzej Wawrzyniak

Reklamy

Międzyszkolny Komitet Solidarności

Organizacja uczniowska działająca wśród uczniów szkół średnich głównie na terenie Warszawy w latach 1987-1991. Na stronie Polskiej Biblioteki Internetowej znajdują się archiwalne numery wydawanych przez MKS „Wydarzeń”, jednak sposób ich wyszukiwania i zestawienia jest dość kłopotliwy, dlatego podaję bezpośredni link do wszystkich czasopism MKS opublikowanych w PBI.

Inne informacje o MKS: 1, 2, 3, 4,


Reypublika

Wspomnienie o liceum, którego absolwentem na szczęście nie zostałem…


Rodzice, gdy wybierają szkołę dla swoich pociech, mają mgliste wyobrażenie o tym, czego właściwie chcą. Każdemu się wydaje, że spłodził i wychował geniusza. Stara się go więc umieścić w renomowanej szkole. Kryteria „renomy” są oczywiście dowolne.

Wejdźcie zatem do holu w XI L.O. im M. Reya w Warszawie i zobaczcie go takim, jakim widziałem go w latach 90-tych XX wieku. Wyobraźcie sobie, że nadal wisi tam ten nieszczęsny bohomaz: otyła morda jakiegoś faceta z podkrążonymi oczami i przedziwnie powykręcanymi rękami (heine-medina?). To Mikołaj Rey, a może nie. W każdym razie prawdziwy Rey – który był człowiekiem bardzo leniwym i na pewno nieoświeconym – na pewno przekręciłby się w grobie, gdyby się dowiedział, co też się wyprawia w szkole jego imienia. Klon tego bohomazu znajdował się na drugim piętrze w postaci gipsowego popiersia. Rzeczony Rej z perwersyjnie zamglonymi oczami tym razem trzyma pod pachą książkę, na której ktoś cienkim długopisem napisał „kamasutra”.

Rey to była dziwna szkoła. Większość trzymała się za tyłki ze strachu i w pas kłaniała nauczycielom. Uczniowie z radosnym niepokojem oczekiwali klasówek. Niewielu było ludzi osobiście odważnych, a naturalny autorytet nauczyciela niejednokrotnie był zastępowany przez autorytaryzm. Dziewczęta chciały głównie imprez, chłopcy – świętego spokoju.

Pod koniec maja 1991 roku w XI LO im M.Reya w Warszawie ukazał się pierwszy numer „Reypubliki” – w redakcji byli Robert Wójcik, Jan Stańczuk, Janusz Buzalski, Marek Ziółkowski i ja. Jednocześnie członkowie samorządu – Małgorzata Wieteszka, Robert Wójcik i ja – zorganizowali Juwenalia. W szkole powstały aż trzy sklepiki z jedzeniem i piciem.

Niezwykłe warunki rozkwitu działalności społecznej stworzyło kilku nauczycieli, ale głównym autorytetem większości uczniów liceum był szatniarz szkolny – popularnie zwany Przemkiem – który korzystając z inercji ówczesnego dyrektora (zresztą niezwykle sympatycznego i lubianego pedagoga) wedle swego uznania zorganizował „życie podziemne” w szatni (w suterenie). Wydobył skądś kotwicę żeglarską, odmalował i postawił na korytarzu dla pobudzania wyobraźni uczniów. Od czasu do czasu, pod nieobecność nauczycieli organizował w szatni mini-imprezki, na które zapraszał zaufanych uczniów. Pamiętam, że jeździł tam na wrotkach. Otworzył własny sklepik, a za zarobione pieniądze sponsorował wiele uczniowskich inicjatyw. Był on zwolennikiem UPR, a jednocześnie ćwiczył tai-chi.

Korzystną atmosferę tworzył także 60-letni nauczyciel WF-u, Pan Wiszniowski, niezwykle sumienny, obowiązkowy pedagog, który cały czas i energię poświęcał uczniom. Zapamiętałem, jak chwalił się lustrem w męskiej szatni. Dyrektor „W” zapytał go zdziwiony: a po co tutaj lustro? A Wiszniowski na to: żeby mogli chwalić się swoimi muskułami. Innym razem Wiszniowski opowiadał nam na czym polega WF „na macie”. Otóż leniwy WF-iarz przychodzi, rzuca chłopakom piłkę nożną, mówi „na, macie!” – i idzie na kawę. U Wiszniowskiego takich lekcji nigdy nie było. Każdego ucznia znał po imieniu i z każdym rozmawiał indywidualnie. Jak widział, że ktoś się boi albo nie potrafi, odpuszczał mu – ale dawał zajęcie zastępcze. Nie bratał się też zanadto z „młodzieżą”. Kiedy przyniosłem mu do kupienia niewinne pisemko „Piepsz”, odpowiedział mi: „Kuba, nie kupię go od ciebie. Nie chcę, żeby ludziom było wszystko jedno”. Co tu dużo mówić – był to gospodarz sali gimnastycznej i boiska, i prawdziwy nauczyciel.

Jak widzimy, teoretyczny system edukacji w praktyce działał dziwnie. Głównym wychowawcą młodzieży są: szatniarz i nauczyciel WF-u – takiej sytuacji nie przewidzieli twórcy systemu. I całe szczęście, bo dzięki temu uczniowie byli syci, mieli nad sobą duchową opiekę (Przemek) i mieli mocne kości (Pan Wiszniowski).

Jednak już w połowie czerwca zarysowały się ciemne chmury. Nauczyciel WF-u został – w związku z ówczesnym zarządzeniem Ministra Edukacji – „odesłany” przez Radę Pedagogiczną na emeryturę. Zorganizowany protest nie powiódł się m. i n. dlatego, że Pan Wiszniowski zdecydował się podporządkować decyzji Rady. Jakiś czas potem dowiedziałem się, że znalazł sobie dobre miejsce w jednym z liceów społecznych.

Po wakacjach wydawało się, że sprawy się jako tako unormowały. Szatniarz awansował na woźnego – chciano mu w ten sposób uniemożliwić prowadzenie sklepiku – ale sklepik przeniósł się razem z nim, do specjalnej wnęki opodal wejścia. Przemek siedział w „akwarium” przy wejściu i na każdej przerwie ustawiały się do niego kolejki interesantów (było to coś pomiędzy konfesjonałem a kozetką u psychoanalityka). Uczniowie często z własnej inicjatywy pomagali woźnemu w sklepiku, dzięki czemu mógł siedzieć w „akwarium”. W tamtym okresie Przemek zaczął też wydawać swoje czasopismo, „Kró-li-czek”, wespół z uczennicą o imieniu Marta, nazywaną Króliczkiem.

Jednak około grudnia, o ile pamiętam z powodu napadu na jedną z nauczycielek, jaki zdarzył się przy wejściu, dyrektor zwolnił zaniedbującego się w swych obowiązkach woźnego. Zostaliśmy bez patrona (czasem tylko odwiedzałem go na ul. Koło, gdzie pracował tym razem jako ochroniarz). Wkrótce Przemek ożenił się z jedną z uczennic Liceum im Reja. Przez rok sprawa była trzymana w tajemnicy, ponieważ uczennica ta zdawała właśnie maturę.

Zniechęceni jego odejściem próbowaliśmy jeszcze wznowić działalność pod rządami nowego dyrektora – doskonałego zarządcy ekonomicznego ale marnego wychowawcy i nauczyciela – jednak bez powodzenia.

Jakiś czas po moim odejściu z Reya, doszło do słynnego zebrania samorządu, na którym – jak słyszałem – delegaci obrzucili (nieobecnego) dyrektora stekiem nieparlamentarnych wyzwisk – lojalna wobec niego przewodnicząca samorządu Aneta czy Agnieszka Fok zatykała uszy i wołała: „Nie! Nie!”.

Dopiero w 1995 roku zupełnie niezależnie od naszej „Reypubliki” pojawiła się nowa, w skład której wszedł także Wawrzyniec Kostrzewski. Uchwalono ordynację wyborczą do Rady Uczniowskiej. Powstały partie polityczne, m. i n. BBWD – Betonowy Blok Wspierania Dyrektora (J. Celiński i M. Rybkowski), Reypolitica, Demokratyczne Ugrupowanie Partyjnych Awanturników (DUPA). Znowu okazało się, że największym problemem szkoły jest technokratyczny dyrektor, Jerzy Gniadek. „Czy zamiast kolejnych komputerów, drukarek i innych tym podobnych sprzętów dla info.-mat-fizów nie można wydać pieniędzy na (np.) zatrudnienie kogoś, kto prowadziłby kółka teatralne, filozoficzne, literackie etc.?”-zapytywał retorycznie Wojtek K. Stanisławski z Reypolitiki. Tymczasem BBWD został zaatakowany, ponieważ zawierał takie postulaty, jak powołanie warty honorowej przed gabinetem dyrekcji, dziedziczności funkcji dyrektora itp. Z powodu programu BBWD wybuchła awantura: liderzy BBWD mieli pogadankę z dyrektorką Toczko. Kazano im zdjąć program partii, ponieważ ośmieszał on funkcję dyrektora. Tymczasem Reypolitica walczyła o to, o co uczniowie walczą od lat kilkudziesięciu z mizernym skutkiem. W tygodniu mają się odbywać najwyżej trzy klasówki… Jednego dnia może być najwyżej jedna klasówka… W dniu w którym klasa pisze klasówkę, nie może pisać kartkówki… Nauczyciel powinien sprawdzić klasówkę w terminie 2 tygodni, a kartkówkę w terminie 1 tygodnia… Podczas długiej przerwy uczniowie mogą opuszczać teren szkoły… Albo różne przywileje szczegółowe, jak np: w tygodniu, w którym klasa pisze sprawdzian z przedmiotu kierunkowego, może się odbyć jeszcze tylko jedna klasówka z innego przedmiotu…

Jakub Brodacki


ogłoszenie

Kró-li-czek”. Pismo ukazywało się w czerwcu 1991 roku w XI LO im Reya w Warszawie

Poniższe fragmenty pochodzą z nr2/92.

OGŁOSZENIE

Cztery lata w szkole zamienię na rok w areszcie (s.2)

KUBA!!!

Baaardzo Cię lubimy. Nie obrażaj, nie wściekaj i nie gniewaj się na nas. Wszystko jest kwestią przyzwyczajenia, a czasami także umowy. Życzymy Ci ładnej sekretarki, sprawnej kserokopiarki oraz udanych wakacji!

-my i króliczek(s.3)

Z OSTATNIEJ CHWILI

Już niedługo nauczyciele również odetchną z ulgą. Od 22.VI. będziemy mogli patrzeć sobie w oczy i czasem nawet się uśmiechać. (s.3)

Z SZATNI

Szatnia jest obecnie jednym z najpopularniejszych miejsc w szkole. Stanowi ona teren ciekawego eksperymentu socjologicznego o podłożu artystyczno-maniakalnym. Króliczki doświadczalne całymi stadami zalegają ściany i podłogę. Nad całością góruje szczęśliwy acz bliżej nieuzasadniony śmiech szalonego woźnego. Wyniki tego naukowego eksperymentu postaramy się przedstawić w kolejnym numerze „Króliczka”.(s.4)

KOMISY”

Od dwóch dni na korytarzach naszej szkoły dostrzec można niewielkie grupki zestresowanych uczniów. W poniedziałek był komisyjny z łaciny,którego nie zdał nikt z około ośmiu próbujących. We wtorek kolejne dramaty – egzamin z matematyki. Część pisemną zaliczyły cztery osoby,części ustnej – nikt. Z pewnych nie sprawdzonych /ale dość prawdopodobnych/ pogłosek wynika, że wyczyn ten nie udał się w naszej szkole żadnemu uczniowi od sześciu lat. W środę i w czwartek komisyjne z historii oraz języków. Miejmy nadzieję, że zakończą się z większym szczęściem. Wszystkim życzymy po pierwsze trochę mniej nerwów.(s.4)


ZIMA 90-91

Reypublika”. Pismo ukazywało się w roku 1991, następnie, w skutek zniechęcenia redaktorów, zamarło. Poniżej przedrukowuję opowiadanie opublikowane w drugim numerze (11 czerwca 1991)

ZIMA 90-91

Obudziłem się. Leżałem w łóżku. Nademną był sufit. Byłem w…pokoju. Zasłonięta firanka stwarzała w nim półmrok, ale wiedziałem, że na zewnątrz już wstaje dzień. Co się stało? – Powoli, jakże powoli przychodziłem na świat! 5840 raz rodziłem się. Przypomniałem sobie. Przed chwilą zostałem narodzony. Przeszedłem do drugiego pokoju. Wpatrzyłem się w zegar. Była za pięć siódma. Zarośnięte i podkrążone oczy wpatrywały się w elektroniczny nadruk. Mózg zadecydował. Odwróciłem się i zawróciłem do poprzedniego miejsca, gdy wtem walnąłem się o pedał od roweru który już dawno powinien był się znaleźć w piwnicy. Gdy dostałem się z powrotem do pierwszego pokoju, byłem nadal wściekły, lecz znów otępiałym wzrokiem wpatrywałem się w ścianę. Nie pamiętam ile czasu zajęło mi ubranie się, ale wiem, że brałem z osobna każdą część garderoby i porównywałem ją ze scianą. Ściana bardziej przyciągała wzrok, była niepoliczalna, nieosobowa jak ja sam. Ubrałem się i przeszedłem do łazienki. Tu zdążyłem się zorientować, że posiadam twarz, zęby i ręce. Było to coś jakby człowiek. Ziewnąłem. Tak, to było coś w rodzaju człowieka. Wyszedłem z mieszkania zamykając drzwi na klucz. Ruszyłem przed siebie. To coś zrozumiało, że spóźni się na autobus, że spóźni się do więzienia. Przyśpieszyłem kroku. Kiedy byłem o jakieś sto metrów od przystanku odjechał uśmiechnięty szyderczo autobus, została po nim smuga czarnego dymu. Pośpieszyłem do tramwaju. Co za cywilizacja, ludzkość! Mój pojazd poruszał się z szybkością 9 węzłów! Ziewnąłem znacząco po raz drugi zapominając o tym ważnym wynalazku. Liczyłem ile mi jeszcze zostało aresztu domowego. 1850 dni według moich szacowań.

O godzinie 8.07 wpadam do więzienia. Strażnik był wściekły.

– Która cela?

– Z pierwszych druga od końca – odpowiadam. Nie warto kłamać.Strażnik i tak zna rozkład na pamięć.

– Ty tak się ciągle spóźniasz?

– Nie,ale zmieniłem dojazd.

W trakcie rozmowy mam wrażenie jakby strażnik chciał mnie odstraszyć od więzienia żeby potem móc mnie ścigać.Tymczasem już 8.20! Nie mam po co iść na karcer. Idę na drugą zmianę.

/z dziennika więźnia/


Przed zachodem słońca

Piepsz nr 9 z dn 20-21.VI.91 (ostatni), s.8:

Przed zachodem słońca

Ostatni tydzień uczęszczania do szkoły. Słyszę głosy „Jak ten rok szybko minął”. To fakt 200 dni szkoły zleciało jak jeden dzień, a dziś „przed zachodem słońca” pragnę przypomnieć mijający rok.

Z telewizora wciąż słyszałem i słyszę „sytuacja w oświacie jest katastrofalna i pogarsza się”. I co ja robię? No idę do mojej szkoły, 49 LO, Modzela i co ja tam widzę pracownię komputerową /ok.20 komputerów nieużywanych od momentu ich sprowadzenia, czyli od dwóch lat/, video+kolorowy telewizor /dar MSZ z przed 4 lat/, kserokopiarkę i antenę satelitarna zakupione przez szkołę w zeszłym roku. I ja się pytam gdzie ta katastrofa? Jak stać nas na satelitę. A ja widzę, że najużyteczniejsze jest video i chwała mu za to A ja widzę antenę satelitarną, drogi prezent stojącą i kurzącą się, i co ja robię? Ja pytam p. dyr. „Jak się wykorzystuje telewizję satelitarną?”, a on mnie mówi „W tej chwili wykorzystuje się słabo z tego względu, że jest wysłane pismo o prenumeratę tygodnika To i Owo, w którym jest szczegółowy program. Jest jeszcze co prawda TV Sat miesięcznik, ale on jest mało szczegółowy to raz, a dwa jest w nim dużo błędów. Pani bibliotekarka zobowiązała się do zaprenumerowania tygodnika To i Owo. Jeszcze na razie nie mamy żadnej odpowiedzi”. I ja już nic nie wiem. Ja myślę sobie, że trzeba wywiedzieć się o tych Radach Szkół i zrobić taką Radę, bo nadejdzie katastrofa.

Powróćmy raz jeszcze do minionego roku. Jego dni były monotonne, podobne do siebie nudą i smutkiem. Pragnę, by kolejny rok stał się zabawniejszy dzięki różnym imprezom /które w 90/91 były, ale miały przygnębiający charakter/ oraz satyrze i humorowi PIEPSZa.

Wszystkim Czytelnikom życzę w imieniu Redakcji udanych wakacji, wielu wyjazdów, mocnych wrażeń i mocnych ludzi oraz powrotu w mury umiłowanych szkół.

JĘDREK


DOBISZ

”Piepsz” – pismo naczelnego komitetu organu Ministerstwa Bredni do spraw Bzdur Nonsensu:

pismo ukazywało się w latach 1989-1991 w XLIX L.O. im. Modzelewskiego (później W.A.Goethego) i skończyło na numerze dziewiątym. Teksty poniższe wskazują na okres przejściowy, brak w nich tej „woli walki” i aktywności, jaka zrodziła się w późniejszych latach. Pismo przerwało swą działalność po wyjeździe jednego z redaktorów za granicę.

s.7:

DOBISZ

W Dobiszu napięcie utrzymuje się na stałym poziomie. Liczba bladych osobników z podkrążonymi oczyma nie przekracza normy. Od czasu do czasu można jednak usłyszeć „coś ciekawego”. Gazetki byłe „Dobisz Voice” – „No Future” na razie nie zamierzają wznowić swojej działalności a wykluwanie nowej trwa już około ośmiu miesięcy. Powstaje rada szkoły, zapaleńców nie brakuje /nie tylko wśród uczniów/.

Do stałych zajęć mależą: klub polityczny i spotkania wspólnoty, co jakiś czas pojawia się komiks wesołego fizyka, człowieka o szczególnym poczuciu humoru.

Nasz agent G-