Mały sabotaż ;-)

„Mimo, że były to już późniejsze lata 90 to w jednej z sal wciąż stało małe popiersie lenina(!). Postanowiliśmy z kumplem zrobić „sabotaż”. Podczas przerwy nie zamknięto tej sali więc weszliśmy doń. Kumpel stał przy drzwiach i zaczajał czy nikt nie idzie. Ja z kolei owo lenina popiersie wywaliłem wtedy za okno, gdzie pięknie na trzy częsci się rozpadło…”. TUTAJ. I jeszcze TUTAJ.

Reklamy

Alternatywny Serwis Antyszkolny

Rewelacyjny i chyba rzadki (?) przykład dobrze redagowanej strony antyszkolnej. Jestem pełen podziwu. Niestety – ostatni wpis z 2005 roku. TUTAJ. Serwis konkurował z oficjalną stroną samorządu szkolnego TUTAJ.


Osiem razy dwója

Tekst napisałem kilka lat temu jako swoiste podsumowanie moich prywatnych „spotkań z systemem”. Dzisiaj zapewne napisałbym go nieco inaczej, ale pozostawiam go takim jakim jest dla ukazania ile poczucia poniżenia powoduje w uczniu instytucja zwana szkołą.

Wyrzuciłem już dawno zbiory moich dzienniczków szkolnych. A szkoda, bo po lekturze książki Witolda Kowalskiego pt. Świnia a sprawa polska, chętnie zaczerpnąłbym z dzienniczków co miąższe cytaty. Jeden z nich brzmiałby chyba tak:

Jakub nie przygotował się na lekcję języka rosyjskiego. Po otrzymaniu oceny niedostatecznej, z naburmuszoną miną wyciągnął książkę beletrystyczną i zaczął ją demonstracyjnie czytać”.

Dzienniczki szkolne składały się z cudownych rubryczek, w które urzędnik mianowany – nauczyciel – wpisywał wszelkie grzechy ucznia wobec systemu. Witold Kowalski – swoją książką pt. Świnia a sprawa polska albo mazurek wigilijny – obudził we mnie pamięć o rubrykologii, przebudził wszystkie demony rubrykoznawstwa. Z rosnącą radością czytałem na kartach Świni swoje własne przemyślenia! Ale jak to się stało, że moje wnioski – wynikające li tylko z obcowania z systemem szkolnictwa – sprawdzały się równie dobrze w każdej innej dziedzinie życia? Zmowa powszechna? A może to ja jestem jakiś dziwny?

A przecież w mojej edukacji co jakiś czas powtarzał się stały wątek konfliktu. Dlaczego zawsze padałem jego ofiarą? Co było we mnie takiego, co nie podobało się nauczycielom? I wreszcie: czy system edukacji ma także jakieś szerzej rozumiane zastosowania?

Istnieją różne metody wmawiania, fałszowania i manipulacji Twoją świadomością. Jeżeli coś budzi Twój uzasadniony niepokój, nie powinieneś dawać posłuchu podszeptom różnych „uspokajaczy” i „wyciszaczy”. „Spokój i zgoda” nie są lekarstwem na smród, żadne perfumy go nie wyciszą. Ty oczywiście drzemać możesz snem głupim – ale może lepiej, bym Ci otworzył oczy? Jeśli tak, to we własnej choćby duszy odpowiedz na poniższe pytania:

– czy dziecięciem będąc oglądałeś w szkole – zamiast lekcji – pogrzeb Breżniewa?

– czy musiałeś w szkole nosić identyfikator?

– czy musiałeś zmieniać obuwie obowiązkowo na espadryle?

– czy w drzwiach izb lekcyjnych były judasze?

– czy w oknach, nawet na drugim piętrze, były kraty?

– jakie było oświetlenie sal lekcyjnych?

– jak określisz zapach, który wtedy wydzielałeś?

– jak się czułeś na lekcjach?

To tylko niektóre z natarczywych pytań, jakie cisną mi się na usta – ale to nie ankieta, bądź spokojny, zrelaksuj się. Chodziło mi raczej o to, by uczulić Cię na formę, w którą ubrana jest treść. Wzburzysz się zapewne ogromnie i odpowiesz, że wszystko miewa racjonalne uzasadnienie. Trzeba tylko wierzyć w Boga i w to, że system też pochodzi od Boga. Przecież identyfikatory wprowadzono po napadzie łobuzów na pewną nauczycielkę (paszporty biometryczne też przecież wprowadzono po zamachach terrorystycznych z 11 września). Espadryle są wygodnym i przewiewnym obuwiem. Judasze – bardzo praktyczny wynalazek – pozwalają nie pukać, nie stukać, nie przeszkadzać w lekcjach. Zresztą to nie są judasze, tylko po prostu drzwi częściowo przeszklone. Kraty? Och, to po prostu wymóg firmy ubezpieczeniowej, a przecież bezpieczeństwo jest najważniejsze. Oświetlenie? No jakże, świetlówki, to najoszczędniejsze, nie chcesz chyba, żeby w Polsce zbudowano elektrownię atomową, co, panie ekolog? A zapach? Cóż, młodzi śmierdzą, może szkoła ich nauczy trochę porządku. A zbiorcze płacze nad Breżniewiem to historia, więc na szczęście nie ma problemu.

Wierzę jednak, mam nadzieję chociaż, że nie daje Ci spokoju ostatnie pytanie: co wtedy czułeś? Być może tego już nie pamiętasz. Każdy we własnej głowie jakoś tam sobie radzi z trudną przeszłością. Znam takiego kolegę, który miał dużo przyrodzonej odwagi i ułańskiej fantazji. Nienawidził nauczycieli, bo przysparzali mu problemów w nauce. Ale „katolickie” wychowanie dało znać o sobie: rodzice chłopca przycisnęli, chłopiec rodziców posłuchał, nauczyciele zagrali swoją rolę wspaniałomyślnych zwycięzców i miesiąc, dosłownie miesiąc później chłopak z niezachwianą, historyczną koniecznością w głosie twierdził, że oni mieli rację, i że bardzo mu pomogli. Dziwaczne to słowo „pomogli”. Skoro najpierw go dręczą, męczą, piorą mózg, kastrują, a potem „pomagają”? Zbyt łatwo nasuwa mi się skojarzenie z syndromem sztokholmskim, ale jakiejże hipokryzji wewnętrznej trzeba nabyć, aby zarazem być i powieszonym i ułaskawionym? Nie skreślam tego kolegi. Być może jego zduszona fantazja jeszcze się ujawni; może czeka na godzinę próby, gdy ruskie zastukają znowu do drzwi; wierzę jednak, że lepiej by było, aby ta fantazja działała już teraz, bo tylko w ten sposób Rzeczpospolita otrząśnie się z tej nędzy i z konieczności tego nieustannego konspirowania. Może jak uwolnimy tę fantazję, to unikniemy później tej nieszczęsnej godziny próby? Może uzyskamy potęgę, która uchroni nas przed niewolą?

Ale wróćmy do tematu. Tym razem – mówisz, czytelniku – autor już naprawdę przesadził. Dzieci w szkole mają pstro w głowie, gotowe nie uczyć się, nie zdać matury, trzeba je trochę do trybów wdrożyć. Zresztą pobyt w szkole jest dla każdego okresem najpiękniejszym w życiu!

Rzecz w tym, że nie „okres szkolny”, ale lata życia, które okres szkolny obejmuje, wspominamy najmilej. Najmilej wspominamy pierwsze bicie serca i smak ust karmazynowych. I te dni, kiedy kwitną kasztany, a najwięcej ludzi żegna się ze światem. Te dni, w które z zupełnie nieszkolną fantazją dokonano zamachu majowego. I ten dzień, w którym mój dziadek Stefan, dziecięciem będąc i wagarując na Alejach Ujazdowskich spotkał przechadzającego się w cywilnym ubraniu prawdziwego „Dziadka”. Uchylił mu czapki grzecznie, a Marszałek mu się odkłonił! To są wspomnienia, które zostają.

A zatem – co wyrzucasz z pamięci? Chwycę Cię, Czytelniku, za jaja: chodzisz do szkoły podstawowej, jest długa przerwa. Nagle pojawia się banda, powiedzmy, z klasy Vc. Są to wyrośnięci bandyci. Naśmiewają się z Ciebie, zwłaszcza taki jeden, o końskich zębach i purpurowej gębie. Od kiedy inni bandyci, gdy byłeś małym dzieckiem, rozwalili Ci ulepionego przez Ciebie śniegowego bałwana, a Ty w bezsilnej rozpaczy nie mogłeś im przeszkodzić w tym akcie wandalizmu, nauczyłeś się, że lepiej się nie opierać, lepiej przetrwać. Teraz oni przemocą sadzają Cię na koszu od śmieci i śmieją się: o, król syfa! Król syfa!

Potem nieco wyrastasz i uczysz sobie z nimi radzić. A w liceum już ich, oczywiście, nie uświadczysz. Ale wokół same muły. Jakieś szare twarze – nikt nie krzyknie, każdy szepcze. Młodocianych bandziorów już nie ma – leżą gdzieś pod płotem po wypłacie, toż jedną w życiu chwilę satysfakcji mieli, że tego inteligencika choć raz upokorzyli. Masz więc nadzieję, że może teraz? Mówisz: słuchajcie, trzeba coś zrobić, tak być nie może, oni nas zaszczują jak młode wilki w psów obławie. Nie wiesz zresztą dokładnie co za „oni”, ale „oni” są. Później przeczytasz w mądrych książkach, że nauczycielami zostają na ogół dzieci z rodzin robotniczych, jest to tzw. inteligencja pierwszego pokolenia, bardzo wyczulona na tym punkcie i w głębi ducha czująca zazdrość wobec starej, zasiedziałej inteligencji (która też niekiedy zbyt często mówi o sobie „szlachta” – niejednego to może doprowadzić do szału). No i cóż odpowiadają ci Twoi współtowarzysze niedoli? Smętne uśmiechy i filozoficzne usprawiedliwienia. Wpadłeś w godne siebie towarzystwo – czy jeszcze tego nie pojmujesz? Jedyne co Cię od nich różni, to ten dziwny przymiotnik, który Ci doczepili do nazwiska – „idealista”. Albo „młody-gniewny”. Słuchając tych ich mądrych głupot zaczynasz zazdrościć owemu lumpowi, co leży pod płotem. On chociaż przez moment miał złudzenie władzy, a ja? Czemu służy całe to wykształcenie? Czy pomoże mi ono w rządzeniu państwem? Przecież jestem elitą!

I wreszcie: kogo chronią identyfikatory? Uczniów czy łobuzów (pytanie pomocnicze: dlaczego studenci nie noszą czapek studenckich?). Czemu mają służyć espadryle, skoro bardzo łatwo się w nich ześlizgnąć ze schodów? A judasze? Jak często pojawia się w nich nalana moczymorda dyrektora-chama? Ile godzin dziennie spędzasz „za kratkami”? A świetlówki – czy to jest naturalne światło dla Twoich oczu? Kiedy zacząłeś nosić okulary dla krótkowidzów?

Potem przychodzą studia – i upojenie długo oczekiwaną wolnością. Tak, dla mułów przewidziano przestrzeń wolności – możesz wreszcie bezczelnie żuć gumę na zajęciach, nosić okulary przeciwsłoneczne, oficjalnie pić i palić, nie spać po nocach… Ale i tu liceum zbiera swoje żniwo: uczysz się form dyskusji, których na pewno nie zrozumie coraz bardziej pijany z rozpaczy lump (zrobił się zresztą nawet sympatyczny – życie nauczyło go pokory). Koszt Twojej wolności jest wysoki – nie rozumiesz, co się wokół ciebie dzieje. Coś niby kapujesz, ale wyrazić tego akademickim językiem nie sposób – zanim dopowiesz do końca, już utoniesz w przypisach, dygresjach i prawdopodobieństwach. Tymczasem jacyś brudni chłopi wychodzą na ulice – nic, tylko śmiech i pogarda.

A przecież Rousseau powiedział wyraźnie: „(…) poza przymiotami umysłu, które są częstokroć wątpliwe lub nie na miejscu, którymi można w tysięczne sposoby mamić i których lud nie umie ocenić, człowiek dobrze urodzony nie różni się od innego niczym, co by usprawiedliwiało jego powodzenie, co by w osobie jego uzasadniało przyrodzone prawo do wyższości(…)”. Słyszysz? Ach, zapomniałem, jesteś wszak przedstawicielem nowego pokolenia prawicy, ty gardzisz Rousseau. Na śniadanie pożerasz wyniki giełdowe, a Adama Smitha trzymasz zamiast poduszki.

I co teraz będzie? Zostawiłem Cię zbuntowanego, bez prawa do riposty. Ty, który uwierzyłeś, w prawicowe rządy silnej ręki, nagle odkryłeś, że dyrektor Twojej szkoły był rasowym UBOLEM! Że zrobił wszystko, aby zdezintegrować Twoje środowisko, zarazić je pesymizmem i zrobić z Ciebie muła!

ZESZYT OD GEOGRAFII

Pytasz się, co takiego ciebie, Brodacki, załamało? Co cię tak gnębi, że za własne udręki oskarżasz Stalina i Hitlera?

Był rok 1989 zaraz po wyborach. Zeszyt do geografii prowadziłem wyjątkowo starannie. Przeglądam – ani jednej piątki. Masę dwój, gdzie nie gdzie tróje i czwórki. Takie są koszty robienia rzeczy po swojemu. Kiedy bowiem zajrzysz razem ze mną do zeszytu z roku 1987, ujrzysz drugie w moim życiu starcie z systemem (o pierwszym opowiem Ci potem). Systemem, który – jak to dźwięcznie określił Edgar Friedenberg – wychowuje ludzi do pośledniości (mediocrity), banalności i konformizmu.

24 maja (znowu: ten maj – czy to nie jakaś zmowa?) pani „K” od geografii wywołała mnie do odpowiedzi i „przy okazji” uważnie sprawdziła mój zeszyt. Pani „K” była różowiutką, wypacykowaną na twarzy, jędzą o zakrzywionym nosie. Dyktowała nam punkty do zeszytu. Kazała przy nich pisać „wyj. poj.” – to znaczy, że ona rzuca temat, a my się uczymy sami. Kiedy już WYJaśniliśmy POJęcie, pani „K” mówiła, że dziewczęta nie powinny się tak malować i pokazywać. „Dziewczyna ładna, to dziewczyna czysta” – tłumaczyła pani „K” i naturalnie sama była tego dowodem. Tak więc pani „K” wzięła się za mój zeszyt. A oto wynik: Kanada („brak pracy domowej 2 K (ferie)” – tu dla wyjaśnienia dodam, że na ferie też mieliśmy zadaną pracę domową), Antarktyda („7 III Linia brzegowa brak 2 K”), Afryka („glacjologia, geomorfologia – wyj.poj.?”), Afryka („linia brzegowa – brak”), Nigeria („brak – 2K”), Australia z Oceanią („brak 2 K”), Australia – klimaty („temp – mapa opady – mapa 2 K”), Australia – klimaty cd („praca w ćwiczeniu źle wykonana”), Australia – mapa gospodarcza („Praca dom. 2 K (2 godz. Lekc. Praca)”). Ile naliczyłeś dwój, czytelniku? Sześć? A może należało mi się osiem? Ja w każdym razie zapamiętałem osiem, bo tyle pojawiło się w dzienniku lekcji…

Zwróciłeś zapewne uwagę na szczegóły. Z jakichś bliżej nie wyjaśnionych powodów uczniowie – zamiast jeździć na sankach, są zobowiązani odrabiać prace domowe, bo pani od Geografii wyszła na kawę kiedy miała nauczać i teraz musi nadganiać program. Jeszcze bardziej zastanawiający jest cel wychowawczy tego wszystkiego. Oczywiście domyślasz się, że do tej pory nie wiem, co to jest glacjologia, a tym bardziej geomorfologia i nigdy się już tego nie dowiem. Oczywiście domyślasz się, że choć charakter pisma mam wyraźny, to o porządek specjalnie nie dbam – więc i tu misterne metody pedagogiczne spaliły na panewce. Wydaje mi się raczej, że pani „K” obserwowała mnie od dawna, dawała mi „fory”, czekała cierpliwie, jak myśliwy na zwierzę, aż wreszcie utrafiła. Zeszyt był sprawdzany wcześniej i oceniony na czwórkę; część powyższych dwój pojawiła się na już ocenionych stronach. Pani „K” musiała wiedzieć, że rubryczki wypełniam niestarannie albo zgoła fantazyjnie – tak że już nie są rubryczkami. I gdy tylko nazbierało się dość dowodów winy, pani „K” zastosowała seryjne represje jako żywo przypominające te, które stosowane są w grach komputerowych. Idealny sposób na złamanie kręgosłupa – skazać kogoś kilkakrotnie na śmierć! A potem „wyznał dobrowolnie na mękach”, że winny, że błaga o wybaczenie. Wyrok tak absurdalny, że już po opuszczeniu sali lekcyjnej smarkacz – czyli ja – zaczął warczeć, że pani „K” wszystko odszczeka. I odszczekała – ale musiał do szkoły pofatygować się mój Ojciec. No i musiało stać się zadość opętańczej rubrykologii, opętańczemu upokorzeniu człowieka przez urzędasa zwanego nauczycielem. Zeszyt „poprawiłem”, czyli raczej od nowa go stworzyłem i napisałem (później pani „K” stwierdziła, że „z Kuby kiedyś będą ludzie”). Dobrze, że chociaż tyle mogłem, w przeciwieństwie do owego nieszczęsnego „podatnika”, który na „zeznaniu” podatkowym wpisał omyłkowo zły numer NIP-u. Dla niego nie było „przebacz”!

Miałem nadzieję, że w liceum to się zmieni. Zmieniło się, a owszem, zeszyt był nieważny zupełnie. Nieważny był też człowiek – na każdym kroku podkreślano, że jak nie chcecie, to nie musicie się uczyć – są czasy „Solidarności” (czytaj: liberalnej deregulacji), jest wolność, jak się komu szkoła nie podoba – to fora ze dwora. Wtedy to zniesiono na jakiś czas obowiązek szkolny… Ale skoro chcesz się uczyć, skoro chcesz chodzić do szkoły… Zajrzymy Ci w prywatne życie, dobrze ocenimy Twój charakter, odważymy Twoją duszę. Zadamy Ci do nauki tyle, byś nigdy nie miał czasu na buntownicze myśli. Wagarujesz? Zabieraj papiery! Podskakujesz nauczycielom? Tam są drzwi! Kto nie poddał się duchowej wszechmocy szkoły (a własnej niemocy), kto nic nie umiał na lekcjach, miał prawo do zawodówki albo do służby zasadniczej. A przecież niczego nas tam nie uczono – wszystkiego musieliśmy się uczyć sami, w domu, zarywając wolny czas i marnując poranki na bezproduktywne siedzenie w szkole. Dzień po dniu, osiem godzin wdrażania do posłuszeństwa. Kto stawiał opór, tego poddawano represjom. Nauczycielka matematyki, pani „P”, regularnie łamała charaktery. Wychowawca, pan „K” – niby to przyjaciel młodzieży – walił grubymi nićmi szyte morały – dwie godziny po każdym konflikcie, tak, że już uszy bolały, już nam się odechciewało buntu od nadmiaru zmarnowanych słów! Bo skoro można ludziom zajmować czas przez dwie godziny i arogancko wmawiać, że to dla naszego dobra – to czy można ufać, że ktokolwiek nam pomoże? A gdy dyrektor-kanalia („G”) podjął nieudaną na szczęście próbę zastosowania odpowiedzialności zbiorowej po wybryku kilku głupków – czy można wierzyć w sprawiedliwość? Atmosfera ogólnej niemożności. Cud, że ręka jeszcze pisze! Oto zapiski ręki z roku 1991:

Żyjemy w domu i w szkole. Nasz dom jest przynajmniej w części nasz. Ale szkoła jest państwowa(…). Szkoły są różne(…). Na ogół jednak nie widać zmian na lepsze. Bierność pozwala przeżyć, przeżyć 8 lat w podstawówce i 4 lata w liceum. Ale życie w takim stanie 12 lat to stanowczo za dużo, to beznadziejność sytuacji. Jedni mówią: nie warto nic robić bo nic mi z tego nie przyjdzie. Przecież nie zmienię tego nauczyciela, nie zmienię tej dyrektorki. Zresztą i tak jest dobrze, wszystko jest na swoim miejscu, a jak skończę, jak przebrnę, to wyjdę na wolność.

Nieprawda. Przejdziesz tylko do większej celi”.

Sam się sobie dziwię, że potrafiłem w tak prosty sposób opisać rzeczywistość – bez krętactw i dygresji. Ale wykształcony umysł potrzebuje więcej gadania i roztrząsania. Pogadajmy więc dalej:

Szkoła nic nie załatwi, nic nie zrobi, szkoła wymaga posłuszeństwa i czegoś co można określić mianem biernej aktywności(…).

Ucisk i nieuzasadniony pogląd każdego nauczyciela na dowolnym profilu, że „mój przedmiot jest najważniejszy” powodują zjawisko okresowości buntów. Bardzo często jest tak, że uczniowie już „ledwo zipią”(…). Część z nich zostanie „wykoszona” przy pierwszej serii klasówek (bo „przecież z czego ja mam stopnie wystawiać”). Zresztą nikogo nie obchodzi czy tych klasówek jest cztery w ciągu tygodnia czy dodatkowo nie ma również trzech kartkówek na dzień i czy jeszcze każdy uczeń nie ma okazji w tym tygodniu odpowiedzieć przy tablicy, zaliczyć zaległe przedmioty, testy, klasówki etc. etc.(…)

U tych „wykoszonych” pojawia się skądinąd słuszne zdanie, że „to szkoła ma mnie nauczyć, a nie ja mam po nocach ślęczeć nad książkami”, a ci drudzy przejściowo – przejściowo! – załamują się lub tez w nielicznych przypadkach starają się dogadać z wychowawcą czy którymś nauczycielem. (…) zostaje krajobraz po bitwie. Jedni cieszą się, że wygrali (choć nawet nie spostrzegają się, że są nadzy jak przedtem). Jest to najczęściej szara większość, jeszcze nieco zbuntowana ale „przecież burza już przeszła i mamy spokój” (…). Sprawa odkłada się trochę na później, pojawiają się znikome wentyle bezpieczeństwa (…). A więc bunt momentalnie opada, następuje odprężenie graniczące niekiedy z rozprężeniem”

Kiedy wówczas przeczytałem to mojej tolerancyjnej Matce, zapytała, po co się fatygowałem, żeby coś takiego pisać? Identyczne teksty można znaleźć w pamiętnikach poprzednich pokoleń!

A więc to prawda, Panie Witoldzie? Ale od jak dawna?

BO ŚLIWKI SĄ ŁADNIEJSZE

W pierwszej klasie podstawówki pani „J” – wdowa po partyjnym oficerze Ludowego Wojska Polskiego – dobrze pamiętam jej niewyparzoną gębę i grzywkę – kazała nam malować gruszki. Malowanie gruszek zawsze sprawiało mi kłopoty, więc narysowałem śliwki. Na pytanie, dlaczego rysuję śliwki, skoro miały być gruszki, odpowiedziałem, że śliwki są ładniejsze. Pani „J” miała dobrą pamięć i postanowiła ze mnie zrobić zdyscyplinowanego, zaszczutego szczurcia. Tu trochę się przeliczyła – moi rodzice bowiem czuwali i przenieśli mnie do innej szkoły w samą porę. Ale zasada pozostała: rób wszystko tak, jak inni, nie wychylaj się. A jak nie chcesz rysować gruszek – to marsz do liceum, marsz do getta dla dziwaków! Tam możesz malować śliwki do woli, aż ci to bokami wyjdzie, ale nie możesz malować gruszek. Rubryczki i szufladki, szufladki i rubryczki…

W podstawówce inteligencja, polot i oczytanie, przysparzają ci wrogów. Masz być równy, taki sam, jak inni. Dzięki systemowi równości wszyscy umiemy czytać i pisać, a także co nieco rachować. Ale jeśli już przeżyjesz akcję zrównywania Cię do poziomu, jeśli jednak zdołasz się wybić, spotka Cię srogi zawód. W liceum nikt nie doceni Twojej wrodzonej inteligencji, nikt nie ukierunkuje Twoich zdolności czy ambicji. Tu będą Cię wdrażać do dyscypliny, abyś nie zagroził całemu systemowi. A jak i to przetrwasz, to przecież już ze zmienioną świadomością, przesączoną na wylot pesymizmem egzystencjalistów, ubeckich „kolumbów” i narkomanów. Dadzą ci do ręki broń – lufą do czoła. Będziesz się poddawał nieustannym wątpliwościom. Ostatnim wysiłkiem wyrwiesz się na studia. Tam piekła nie ma, wszystko wolno. Ale ty już nie potrafisz z tego skorzystać, bo zatraciłeś umiejętność podejmowania decyzji.

Rodzice mówili ci: bądź taki, nie bądź taki. Zrób to, zrób tamto. Nie wiedzieli, jak wielu innych ma prawo wydawać Tobie rozkazy. Nie wiedzieli, że ich dziecko jest wychowywane na niewolnika, że byle kto może nim pomiatać i pomiata, kiedy czas po temu. Dziwią się niekiedy popularności anarchizmu i narkotyków!

Być może nie byłoby tych rozważań, gdyby nie to ciągłe unikanie kłopotów. W trzeciej klasie podstawówki zmieniłem szkołę na łagodniejszą. To samo zrobiłem pod koniec drugiej klasy liceum. Odzyskałem stracony czas, spojrzałem z pewnej perspektywy, przemyślałem to, czego inni nie mogą wyrazić, a nawet zdać sobie sprawy ze strachu, wstydu, wściekłości i nienawiści, jakie szkoła i nauczyciele w nich wzbudzali. A wnioski z tych rozmyślań wyglądają mniej więcej tak:

Polacy zawsze starali się być nieprzydatni władzy. Kiedy tylko łasili się do obcych tronów – przegrywali. Jakiekolwiek umoczenie w obcym, zewnętrznym wobec polskiego, systemie, jakiekolwiek dobrowolne poddaństwo – niby to na chwilę, żeby potem „znowu być dobrym” – kończyło się fatalnie. Exeplum: Familia i król Staś. O tym pisze Witold Kowalski we wspomnianej na wstępie książce Świnia a sprawa polska. Ale nawet on, choć w umiłowaniu niepodległości idzie najdalej, zdaje się nie dostrzegać wszystkich wniosków, wypływających z jego poglądów.

Bo trzeba dobrze zapamiętać lekcje w szkole lub długie pokolenia żyć pod butem tyranii, aby w pełni zrozumieć znaczenie wolności. Taoizm – filozofia, która narodziła się w chińskiej tyranii jest najdalej posuniętą ideą wolności. Taoiści – chińskie lekkoduchy, unikające wszelkich kontaktów z totalitarną władzą – za wzór człowieczeństwa mieli dziecko. Czasami sobie myślę, że Polacy są takimi niesfornymi dziećmi, które ciągle próbują rysować śliwki. Dlaczego? Jak się rzekło: śliwki są ładniejsze, a właściwie mniej wymagają wysiłku. Wystarczy maznąć fioletową kredką! Taki już ze mnie naturalny Polak – taoista, konserwatywny demokrata.