Rozpracowanie „wroga”

Z cyklu: kup pan cegłę

Rozpracowanie „wroga”

Dla przeważającej większości uczniów, jak również większości dorosłych obywateli, edukacja jest „zestawem usług nie do odrzucenia”, gdyż jest jedyną drogą uzyskania pełnoprawnego, czynnego obywatelstwa. Niestety, nauczyciele i stojący za nimi aparat naukowy i urzędniczy skwapliwie wykorzy­stuje ten fakt, umacniając swoją pozycję i rozwijając szereg badań naukowych, mających utwierdzić nieraz znękanych i wątpiących nauczycieli i obywateli w mniemaniu, że wszelkie postawy kwestionujące celowość edukacji są aspołeczne i złe moralnie.

Każdy kto wielokrotnie zdawał egzamin na prawo jazdy łatwo się może przekonać o tym, że ta reguła nie kończy się wraz z ukończeniem szkoły. „Dorosłość” i „dojrzałość” uzyskana w wyniku edukacji szkolnej polega na tym, aby fakt ten zaakceptować bez zastrzeżeń i pogodzić się z nim pokornie.

A jeśli ktoś w jakiejkolwiek bądź formie lekceważy bądź neguje wartość istniejącej edukacji? Należy go poddać rozpracowaniu.

Takie myśli naszły mnie po lekturze streszczenia wystąpienia prof. Bogusława Śliwerskiego zamieszczonego  na http://www.ieu.pl/files/konferencja/wystapienie.pdf . Nie zajmowałbym się tekstem nieaktualnym (z 2007 roku), a do tego będącym jedynie konspektem, gdyby autor nie raczył pomieszać edukacji z polityką.

Z jednej strony już na oko zachwyca pedagogiczna wiedza autora i entuzjazm z jakim podchodzi do przedmiotu swoich badań. Profesor powołuje się na pojęcie pracy oświatowej w rozumieniu Aleksandra Kamińskiego. Praca oświatowa jest nierozłączną z walką podwójną walką z a) czynnikami, „co światło zasłaniają w obawie, by nie rozświeciło ono zbyt jaskrawo nędzy ludowej” b) „walką z przesądami, biernością, śpiączką mas ciemnych, które światła nie dostrzegają, często dostrzec nie mogą”. Ten ideał nastraja mnie do Śliwerskiego dobrze, choć kiedy ja chodziłem do szkoły, często „kaganek oświaty” nazywaliśmy „kagańcem oświaty” i bynajmniej nie mieliśmy na myśli cenzury, której w latach 90-tych już nie było. Chodziło nam o to, że naiwne niesienie „światła w lud” w rzeczywistości nie zawsze jest dla ludu korzystne, ponieważ rzeczony „lud” nie jest aż tak ciemny jak się wydaje, zaś edukacja może także nieść pewien rodzaj niewoli mentalnej, przesądów wyuczonych, „wytresowanych”. Nie zawsze, ale często zwykły budowlaniec sprawniej rozumie procesy rządzące polityką i sygnały emitowane przez massmedia, niż wychowanek profesorskiej katedry.

Wróćmy jednak do wystąpienia uczonego. Edukacja jest – zdaniem Śliwerskiego – sprawiedliwym konstruowaniem „społecznej nierówności”, czyli systemem, w którym wszyscy mają równe szanse, natomiast wygrywają najlepsi. W dalszej części konspektu profesor omawia szereg zjawisk, które mogą się przyczynić do „wykluczenia edukacyjnego”, a więc pozbawienia ucznia dobrodziejstw edukacji na skutek różnych czynników, wśród których główną rolę odgrywa zjawisko wagarowania. Jednym z czynników sprzyjających wykluczeniu społecznemu są  lekceważące edukację wypowiedzi polityków, a konkretnie wypowiedzi Andrzeja Stelmachowskiego, Jerzego Wiatra, Romana Giertycha, Ryszarda Legutki, Jarosława Kaczyńskiego, Lecha Kaczyńskiego i Kazimierza Marcinkiewicza. Jak się okazuje wszystkiemu winni są ci cholerni konserwatyści, PiS-owcy (lub ex-PiS-owcy) oraz pochrapujący na posiedzeniach Sejmu polityk SLD.

Już cytowanie wypowiedzi polityków skłania mnie do zaliczenia Śliwerskiego niestety do wspomnianych na wstępie „funkcjonariuszy” aparatu edukacyjnego. Z jakich to powodów politycy ci mieliby zagrozić systemowi edukacji w Polsce? Tego z konspektu się nie dowiemy, ale otrzymujemy jeszcze jedno więcej potwierdzenie, że „funkcjonariusze” aparatu poczucia humoru nie mają. „Wyrywanie” uczniów z ich naturalnego, rodzinnego środowiska (grupa docelowa: rodziny robotnicze, jak wynika z konspektu) jest dla Śliwerskiego celem zbyt poważnym, aby pozwolić sobie na żarty.  By nie być gołosłownym, posłuchajmy cytowanej wypowiedzi prezydenta: „Jestem przeciw biciu ludzi, zakłócaniu spokoju, ale życie według ustalonego odgórnie rytmu – to nie jest mój styl. Sam jestem raczej luzakiem. Cenię sobie momenty, kiedy mogę się trochę poobijać. Paliłem wawele z takim zapałem, że zawieszono mnie w prawach ucznia. A potem w dziesiątej klasie, kiedy przeniesiono mnie do Liceum Dywizjonu Wojsk Lotniczych, (…) chodziłem palić z tzw. klopowym towarzystwem w szkolnej łazience.”. Nie wolno pozwolić na to, aby jakiś tam Lech Kaczyński był w oczach młodzieży większym luzakiem, niż Jerzy Owsiak, niosący pozytywne posłanie miłości i przyjaźni…

Bo przecież – stwierdza w konspekcie profesor Śliwerski – potrzebna jest pedagogika miłości na którą składa się „poszukiwanie dziecku bliskich osób lub osób, które mogłyby stać się dla dziecka”, „bliskimi, o utrwalanie więzi emocjonalnej między dzieckiem a bliskimi mu osobami”, „o wykorzystywanie związków uczuciowych dziecka do osiągania celów wychowawczych”. „Potrzebna jest nam pedagogika pozytywna” i „Rozmawianie z uczniem o bardzo bolesnych i osobistych problemach w domu.”.

Jestem może niesprawiedliwy, ale mieszanie polityki z edukacją uprawnia mnie do jak najgorszych podejrzeń. Profesorku! Jeśli natrafisz kiedyś na mój tekst – daj znać. Chętnie zamieszczę polemikę.

Jakub Brodacki

POST SCRIPTUM (po 10.04.2010)

Wymieniony w tekście prezydent RP Lech Kaczyński, nasz Świętej Pamięci Prezydent, był obiektem wielokrotnych, wielostronnych i wielopoziomowych ataków i nieustannej agresji. Tego typu agresji, której niekiedy poddawani są niesforni uczniowie. Lech Kaczyński wierzył w Polskę i ona była jego głównym ideałem edukacyjnym. Swoją postawę wobec „mądrzejszych tego świata” przypłacił własnym życiem. Cześć Jego Pamięci!

Reklamy

Szkoła totalna

 

Czyż ty, który wałęsasz się po ulicach, osiągniesz powodzenie? Idź do szkoły, to będzie z pożytkiem dla ciebie(…) o przewrotny, nad którym mam czuwać – albowiem nie byłbym godzien miana człowieka, gdybym nie czuwał nad synem swoim – rozmawiałem z innymi z naszego rodu, porównywałem jego mężczyzn, ale nie znalazłem żadnego takiego jak ty pomiędzy nimi(…)”.

Sumeryjski tekst zapisany na glinie

Każdy mężczyzna myśli, że spłodzi geniusza. Dla każdej matki dziecko jest spełnieniem jej wszystkich nadziei. Z uczuć rodzicielskich rodzi się napięcie między nauczycielem a dzieckiem, które w miniaturze odzwierciedla napięcie między „władzą” a społeczeństwem. Im to napięcie większe, tym większemu naciskowi wychowawczemu poddawane jest dziecko. Tak pojawia się szkoła totalna, która w sposób totalny organizuje życie młodego człowieka od przedszkola, przez szkołę powszechną i średnią aż do ukończenia studiów, czyli – jeśli zostanie wprowadzony przymus przedszkolny – długich dwadzieścia jeden lat.

Gdy sobie uświadomić ten stan rzeczy, każdego wolnego człowieka musi ogarnąć przerażenie. Weźmy jeszcze do tego liczne korepetycje i zajęcia pozaszkolne, a uświadomimy sobie, że dla dziecka poddanego takiemu procesowi edukacji i wychowania demokracja czy instytucja autorytetu to czysta abstrakcja. Zwłaszcza, jeśli szkoła nie uczy go żadnych form wyrażania woli zbiorowej, jaką są na przykład środki przekazu czy samorząd.

Kiedy chodziłem do szkoły (lata 1982-1994) zapamiętałem szkołę jako instytucję skrajnie represyjną. Jako uczeń zbuntowany w latach 1993-1994 wydawałem międzyszkolną gazetkę pt. „Wydarzenia”, na łamach której pisaliśmy mniej lub bardziej antyszkolne (ale nieanarchistyczne) filipiki, zastanawiając się w naszym gronie – a także w gronie działaczy uczniowskich z warszawskich liceów – na czym polega represyjna natura tego systemu i w jaki sposób ją zmienić. Wszelkie wypowiedzi o szkole i systemie edukacji do tej pory wywołują we mnie żywy rezonans. Martwi mnie pomysł wprowadzenia obowiązku przedszkolnego. Irytują mnie na równi wypowiedzi prawicowych ideologów, którzy zachęcają aby „smarkaczy wziąć za pysk”, jak i ideologów lewicowych, którzy chcą przymusić uczniów do przyjęcia światopoglądu politycznie poprawnego, a jeśli tylko wykonują zawód nauczycielski – w razie oporu stosują różne, zawoalowane represje.

W obu tych przypadkach problemem nie jest ideologia wyznawana przez owych ideologów, lecz sama możliwość indoktrynowania młodzieży. Przerażające jest to, jak wielu jest wśród nauczycieli niespełnionych ministrów, prezydentów i w ogóle mężów stanu. Jak łatwo jest im pełnić te role wobec zupełnie bezbronnych i naiwnych uczniów!

Przyjrzyjmy się klinicznemu przypadkowi działalności owych niespełnionych mężów stanu na przykładzie nieprzyjemnej afery, która wybuchła w renomowanym podówczas XVIII Liceum Ogólnokształcącym im. Jana Zamoyskiego w Warszawie. Mimo rozmaitych „obiektywnych” trudności środowisko uczniowskie wyprodukowało tam trzy gazetki na raz: „Paradoks” (gazeta opinii), „Smuty Bagienne” (zdecydowanie antyszkolne, o światopoglądzie liberalnym) i „Chwilę” (pronauczycielską), a zarazem mającą aspiracje prawicowe. Twórcami „Paradoksu” byli uczniowie Farhat Khan i Grzegorz Jakacki. Skupili wokół siebie liczne grono uzdolnionych publicystów. „Paradoks” wzorował się organizacyjnie na „Gazecie Wyborczej”; posiadał wydanie ogólnowarszawskie oraz dodatki w różnych okresach do poszczególnych szkół: XVIII L.O. im.Zamoyskiego, XXIV L.O. im. C.K.Norwida oraz LXXIX L.O. „ekologicznego”, co pod czułą opieką Farhata Khana stanowiło wcale pokaźny uczniowski „koncern” prasowy. W 1993 wybuchł konflikt między nauczycielami a uczniami. Jak czytamy w artykule opublikowanym w „Paradoksie”,

Już swojego pierwszego dnia nauki w szkole jeden z pierwszoklasistów warszawskiego liceum (tzw. renomowanego i na dodatek z tradycjami) przeżył szok: próbował dostać się do szkoły, a mu nie pozwolono, bo nie miał zmiany obuwia (typ obuwia: espadryl). Obstawa składająca się z bewzględnych dyktatorów i hałaśliwych porządkowych wskazała mu drzwi wejściowe mówiąc: nie masz zmiany, to marsz do domu po zmianę, bo inaczej nie wpuścimy!”1.

Autor artykułu pisał pod pseudonimem (nazwiska nie podaję, gdyż mnie o to kiedyś wyraźnie prosił), gdyż, oczywiście, obawiał się represji ze strony opisanych wyżej „dyktatorów”. Cała sprawa zakrawałaby na śmieszną, gdyby nie to, że jest ona symptomatyczna dla całego systemu przymusowej edukacji. Jak czytamy dalej:

Ogniskiem, które skupiło najwięcej »jadu ludowego« był (jest?) nowo wybrany wicedyrektor. Prawdopodobnie z racji tej, iż stał się on najbardziej bezwzględnym egzekutorem »stanowionego prawa«, a lud, jak to ma w zwyczaju od niepamiętnych czasów, lubi mieć w przypadku jakiegoś »nieszczęścia« swojego »kozła ofiarnego«. Przeczucia ludu, iż to wszystkiemu winien jest nowy wicedyrektor, potwierdzali niektórzy liberalni dyktatorzy, udając przed ludem (świadomie czy nieświadomie), że jakoby ich wpływ na decyzję dyktatury był prawie żaden”2.

Nie wchodząc w upokarzającą dla uczniów (dumnych ze swojej renomowanej szkoły i w związku z tym niemile zaskoczonych idiotycznym zarządzeniem) naturę tego konfliktu, zauważymy bez trudu, że szkoła jest poletkiem doświadczalnym, zarówno uczniów, jak i nauczycieli, w którym testuje się w małej skali rozmaite procesy świata dorosłych. Jednym z ważnych doświadczeń, jest istnienie czegoś w rodzaju „państwa” szkolnego, którego głową jest dyrektor, senatem (albo radą ministrów) – grono pedagogiczne, zaś „ludem” – uczniowie. Panujący w szkole ustrój jest teoretycznie republikański, oparty na zasadzie autorytetu nauczyciela. Gdyby był inny – uczniowie z zasady nie uczęszczali by do szkoły zbyt chętnie. Ale w każdej republice może się też pojawić dyktatorski rząd, który wbrew interesom ludu, uzurpuje sobie prawo do rozkoszowania się łatwo zdobytym zaufaniem i władzą, do wymuszania autorytetu w sposób nieuprawniony (władza autorytarna).

W republice tyrańskiej, „espadrylistycznej” uczniowie są faktycznie kimś pomiędzy klientami a poddanymi nauczycieli, którzy pełnią z kolei rolę oligarchów. Uczniowie traktowani są jak motłoch, a oligarchia nauczycielska wykorzystuje ich do swoich rozgrywek personalnych. Maturzyści stykają się z taką konstatacją, wyrażoną wprost, w dziele Gombrowicza pt. Ferdydurke. Widać tam, jak szkoła każe uczniom walczyć ze sobą, jak nimi manipuluje. Gombrowicz pokazuje, że bierni umysłowo uczniowie nie zdają sobie sprawy z tej manipulacji. Zwolennikom Miętusa nie przyjdzie na przykład na myśl, że można by obalić szkołę, zamiast kłócić się z Syfonem.. Espadrylizm, to upokarzanie uczniów absurdalnymi zarządzeniami, stwarzanie wyimaginowanych „problemów” po to, by uczniów czymś zająć, by była dla nauczycieli okazja do rozmaitych „gestów”, „zajmowania stanowisk” i „wzniosłych słów”. Dla mnie jako osoby dorosłej byłoby głęboko upokarzające, gdyby moje dziecko (którego póki co nie mam) zostało poddane takiej manipulacji. Dlaczego? Dlatego, że chciałbym wychować wolnego obywatela, świadomego swych praw i dobrowolnych obowiązków wobec Ojczyzny, takiego, który wybierze swój autorytet dobrowolnie, a nie pod przymusem. Dlatego też z pewnością nie posłałbym dziecka do obowiązkowego przedszkola. Taka „socjalizacja” potomka nie jest mi potrzebna.

W latach 90-tych prasa chętnie informowała o przypadkach samobójstw wśród uczniów, spowodowanych zatargami z nauczycielami. Dzisiaj dyskurs medialny toczy się między zwolennikami mundurków szkolnych a ideologami praw mniejszości seksualnych do „edukowania” młodzieży. Jednym słowem albo szkoła stała się dla uczniów tak przyjemnym miejscem, że można się zająć jej profilem ideologicznym, albo też postanowiono wziąć się za „ostateczne rozwiązanie” kwestii uczniowskiej – to znaczy wykorzystać istniejące możliwości indoktrynowania młodzieży. To ostatnie wydaje mi się bardziej prawdopodobne. Opowieści kolegów-nauczycieli o rozwydrzonej młodzieży są zapewne prawdziwe, choć mam wrażenie, że jest to zwyczajne moralizatorstwo i efekt normalnych dla każdego nauczyciela stresów. Zbyt często zapomina się o tym, że stłoczenie młodych przez minimum kilkanaście lat życia w takim niezdrowym miejscu jak szkoła i przedszkole jest patologią samą w sobie (behawior w warunkach ekstremalnych).

I że faktycznie oznacza pozbawienie rodziców lwiej części ich praw rodzicielskich. Niestety często za ich bierną lub aktywną zgodą.

Jakub Brodacki


1 „Espadryl – przyczynek do samorządności uczniowskiej”, w: „Paradoks” listopad 1993, s.1. Cytowana gazeta jest w moim posiadaniu.

2 Tamże, s.4.