Sześciolatki nie pójdą do szkół – komentarz Stanisława Żaryna

Polecam!

Reklamy

O wstawaniu i codzienności słów kilka

Jeszcze parę lat temu moglibyśmy powiedzieć: mamo, jeszcze pięć minut !!! teraz nie ma już tak dobrze. Trzeba iść i pacnąć budzik ręką.

http://www.sztubak.ovh.org/anuz/index.php?option=com_content&task=view&id=67&Itemid=39


Uczniowskie strategie przetrwania i oporu

Nie od wczoraj wiem, że mój światopogląd jest uważany przez nauczycieli za problem, który należy przezwyciężyć. Przede wszystkim w uczniach.

http://dydaktyka.wyklady.org/wyklad/255_uczniowskie-strategie-przetrwania-i-oporu.html

Naprawdę, konia z rzędem temu, kto przeprowadziłby sensowne badania opinii uczniowskiej o szkole. Zdziwiłby się, jak wielu uczniów ukrywa swoją niechęć do szkoły pod różnymi pretekstami: a to że nauczyciel jakiegoś przedmiotu jest niefajny, a to że „koleżanki mnie nie lubią” itp. Gdyby odjąć te wszystkie preteksty i przywrócić samoświadomość, wyszłoby szydło z worka.

 

Jakub Brodacki


Kuba Wojewódzki przyjechał po nasze dzieci

Tekst blogera Toyaha. Publikuję za zgodą autora. Dla mnie jest to przykład do czego niestety może służyć masowa edukacja szkolna. (link do tekstu: http://toyah1.blogspot.com/2012/04/kuba-wojewodzki-przyjecha-po-nasze.html).

======================================================================================

Jest poniedziałek, a więc kolejny tydzień i kolejne szanse. W dodatku pogoda idealna, ciepło a zarazem rześko w powietrzu, na niebie troszkę chmur, trochę słońca – chce się żyć. Chce się wierzyć. Poza tym, wiosna, a więc, jak to ładnie podkreślił w minioną sobotę Jarosław Kaczyński, lato za pasem, a z latem musi nadejść sierpień. Inaczej być nie może.
Z samego rana poszedłem z psem mojej młodszej córki na spacer, a tam jeszcze ładniej, bo to i zielona trawa, nowiutkie liście na drzewach, gdzieniegdzie woda po nocnych deszczach, a więc również trochę miłych wrażeń dla samego zwierzęcia.
I oto nagle w tym niemal świątecznym nastroju otrzymałem esemesową wiadomość od właścicielki psa, z informacją, że w mieście przebywa Kuba Wojewódzki, w związku z czym nauka w katowickich liceach została zawieszona i cała młodzież została wysłana na spotkanie z ową gwiazdą polskiego dziennikarstwa. Esemes obok owej sensacyjnej informacji zawierał do mnie prośbę, żebym natychmiast się z moim dzieckiem skontaktował.
W pierwszej chwili wystraszyłem się, że sprawa polega na tym, że Kuba Wojewódzki moje dziecko próbuje wciągnąć do swojego jaguara, i ja z psem mamy przybiec z pomocą i celebrytę zagryźć na śmierć, jednak już po chwili przypomniałem sobie, że moja córka jest przecież bardzo dobrze wyszkolona i wie, że każdego napotkanego pedofila ma kopać w jądra, a palcami wykłuwać mu oczy, więc szybko się uspokoiłem, że możliwości są dwie – albo chodzi o to, bym pomógł jej wezwać pogotowie dla uprzątnięcia zwłok, albo nie stało się nic, tylko mam tam przyjść i zwolnić dziecko z politycznego coachingu.
Okazało się jednak, że rzecz polegała jeszcze na czymś innym, czego wcześniej nie wziąłem pod uwagę. Ona mianowicie ze spotkania z Wojewódzkim wyszła sama, natomiast była tak wstrząśnięta, że musiała mi koniecznie przekazać tę wiadomość osobiście. Że Wojewódzki to idiota. Czy to oznacza, że moje dzieci tego wcześniej nie wiedziały? One to akurat wiedzą od zawsze, podobnie zresztą jak od zawsze mają w głowie instrukcję postępowania na wypadek kontaktu z pedofilem. Tu jednak doszło do tego, że ten człowiek w ten piękny wiosenny poniedziałek osiągnął poziom, który nawet ją poraził. I ona to właśnie chciała mi opowiedzieć. No i opowiedziała.
Nie mam zamiaru powtarzać tu choćby nie wiem jak ciekawych plotek, bo myślę, że mimo wszystko nie warto. Może tylko, żeby dać wyobrażenie o tym, co tam się działo, poza zwykłym pluciem na Telewizję Trwam i zachęcaniem do czytania „Gazety Wyborczej” i oglądania TVN-u, powiem, że w pewnym momencie Wojewódzki powiedział, że jeśli ktoś myśli, że on jest zwykłym telewizyjnym pajacem, to się bardzo myli. Dlatego, że owo pajacowanie to są tylko pozory, za którymi ukryte jest bardzo głębokie przesłanie. Że każdy jeden, choćby i najbardziej żenujący, greps Wojewódzkiego kryje bardzo głęboką myśl na współczesne tematy. I że na tym właśnie polega dziennikarstwo najwyższej próby. Edukacja przez zabawę.
Spytałem moją córkę, dlaczego, korzystając z okazji, nie zabrała głosu i nie powiedziała Wojewódzkiemu, co on nim sądzi, albo przynajmniej go nie opluła. I proszę sobie wyobrazić, że ona bardzo chciała – i jedno i drugie – ale niestety nie było takiej możliwości. Otóż przyjazd Wojewódzkiego do Katowic był tak wielkim wydarzeniem, że spotkanie z nim odbywało się w kilku salach. To znaczy, ponieważ w sali głównej, gdzie on się znajdował, nie było już wolnych miejsc, wszystkie pozostałe sale wypełniono napływającą z całego miasta młodzieżą, i wstawiono jej tam wielkie telebimy, na których można było widzieć Mistrza i słuchać Jego słów. I ona niefortunnie trafiła do jednej z nich.
Skorośmy sobie pożartowali, na koniec mała, i już w żaden sposób wesoła, refleksja.
Niedawno minęły dwa lata od śmierci Anny Walentynowicz. Kiedy Ona jeszcze żyła, została przez lokalnych działaczy Solidarności zaproszona tu na Śląsk. Ponieważ miałem ten zaszczyt, że chciała, bym jej się pokazał na dworcu, przesunąłem obowiązki i stawiłem się na miejscu. Niestety, pociąg z Gdańska był opóźniony niemal dwie godziny i już nie udało mi się jej ani przywitać, ani już nigdy więcej zobaczyć. Czekali też na nią organizatorzy któregoś ze spotkań w Gliwicach i od jednej z pań dowiedziałem się, że dzwoniła ona do kilku gliwickich liceów z propozycją spotkania z panią Walentynowicz. Wszyscy – dosłownie wszyscy – dyrektorzy szkół z którymi ona się kontaktowała, odmówili, tłumacząc się jakimiś kompletnie niedorzecznymi powodami.
Dziś widzę, że coś drgnęło. Domyślam się, że dzisiejsze spotkanie z Kubą Wojewódzkim to efekt nowej polityki edukacyjnej rządu premiera Donalda Tuska.
Od dnia w którym Anna Walentynowicz była na Śląsku wydaje się, że minęły wieki i zmieniło się wiele. On została zamordowana, ja straciłem pracę. Ona nie żyje, ja piszę te teksty aby żyć. Jeśli ktoś uważa, że może sobie na to pozwolić, a i widzi ku temu dobry powód, proszę wesprzeć ten blog wpłatą na podany obok numer konta. Zachęcam również do kupowania mojej książki z wyborem starych felietonów z tego bloga. Znajdzie tam też tekst o Annie Walentynowicz, o którym „Gazeta Polska”, kiedy jeszcze nie była objęta nakazem bojkotowania niezależnych blogerów, napisała, że to „najpiękniejszy” tekst jaki kiedykolwiek został napisany o Annie Walentynowicz. Dziękuję.

Szkoła, do której chodzimy

„Być albo nie być. Niezależne pismo III LO im. Adama Mickiewicza”. Nr 5 z dn. 17 listopada 1986 r.

=======================================================================================

Szkoła do której chodzisz, jest miejscem, w którym spędzasz ogromną część swego czasu, ma ona na ciebie wpływ, czy tego chcesz, czy nie. Nikt nie potrafi sie przed nim obronić. Do ciebie należy decyzja – poddasz mu się lub nie. Spotykasz w niej wielu ludzi-nauczycieli i kolegów, są wśród nich tacy, których lubisz, są osoby obojętne ci i są tacy, którzy cię niszczą. Nie będę tu pisać o tym, że polska szkoła jest komunistyczna, że nauczyciele są czerwoni. O tym, że nie przepadasz za chodzeniem do niej stanowi przecież nie tylko to, że ci każą iść na pochód, że pakują ci przemoca do głowy rzeczy obce twojemu myśleniu. Potrafisz się przed tym bronić, ale jest coś jeszcze. Szkoła zabija nasza osobowość. Każdy z twoich kolegów jest inny, ty też, a poddaje się nas wszystkich jednemu systemowi oceniania, nie występuje przeciw niemu, bo byłoby to absurdalne. Jednak chyba zdajesz sobie sprawę, że służy on do wartościowania twojej wiedzy i tylko wiedzy, tymczasem my uczniowie w momencie wejścia do budynku szkoły jesteśmy już podzieleni na niedostatecznych, dostatecznych, dobrych i bardzo dobrych.
Siedzisz w tej szkole sześć czy siedem godzin, wychodzisz i co? Jesteś wolny? O nie! Troskliwie zadano ci odpowiednią partię materiału i znów parę godzin nauki przed tobą. W ten sposób twoja szkoła ma kontrolę nad prawie całym dniem.
Od czasu do czasu chciałbyś gdzieś wyjechać z rodzicami, musisz się zwolnić. Nagle pojawiają się problemy, bowiem w niektórych szkołach rodzice mogą usprawiedliwić ograniczoną ilość dni, za każdym razem tylko po jednym. Nasi rodzice nie mają już więc wpływu nie tylko na to, czego się uczymy, ale muszę również stwierdzić, że odebrano im w jakimś sensie swobodę życia rodzinnego.
Trudno jest się przed tym, trudno nie wpaść w kołowrót trzech „Z” i pogoni za stopniami. Życzę ci, żebyś się przed tym ustrzegł, żebyś nie zrezygnował ze swojej osobowości i indywidualności, stawiaj na siebie.

Urszula


O wstawaniu i codzienności słów kilka

O trudach codziennego zwlekania się z łóżka i o projektach reformy szkolnej. TUTAJ.


Polska szkoła – rekonesans

„Szkoła. Miesięcznik uczniowski” nr 1 z roku 1989 (wydawnictwo Niezależnej Unii Młodzieży Szkolnej)

=====================================================================

Czy wiesz, ile tysięcy ton przenosisz na swoich plecach przez cały okres nauki w szkole? Na pewno dużo. W tej chwili nikt nie jest w stanie tego obliczyć, w każdym razie bardzo, bardzo wiele. Współczesny uczeń polskiej szkoły przypomina egipskiego niewolnika budującego piramidę. Z tą tylko różnicą, że grobowce faraonów stoją do dzisiaj, a nauka wydobyta z dosłownym wysiłkiem fizycznym szybko ulatnia się w przestworza, pozostawiając świadomość ciężkich lat wkuwania.

Przeładowane programy, a co za tym idzie, kalejdoskopy podręczników przemierzają na uczniowskich plecach drogę z domu do szkoły i z powrotem przez 10 m-cy w roku. Do tego dochodzą zeszyty, oczywiście jak najgrubsze, bo przecież trzeba gdzieś te książki przepisywać oraz wszelkiego rodzaju pomoce naukowe, od patyczków począwszy – na zestawach mechanicznych skończywszy. Z polskich uczniów ktoś na siłę chce zrobić wielbłądy.

A gdyby tak zlikwidować lub połączyć jakieś przedmioty, pozbyć się treści już zdezaktualizowanych albo stać się państwem cywilizowanym i zapewnić uczniom to wszystko na miejscu w szkole? Ta propozycja od razu spotka się z kontrą ze strony aparatu różnego szczebla – że nie ma pieniędzy, bazy, papieru, kadry, że jeszcze nie czas.

No cóż, żyjemy w kraju, który jako pierwszy w Europie posiadł konstytucję, a jednak jest to kraj, przy którym przysłowiowy Ciemnogród staje się oazą kultury i postępu.

W tej chwili nie pozostaje nic innego, jak pomóc aparatowi szerokim poparciem i „wspaniałymi” postulatami. Proponujemy więc:
– wprowadzić przysposobienie do prac ciężkich, np. w kamieniołomach, aby nie stracić tak świetnie wyszkolonej kadry, jaką są uczniowie.
– pozaklejać wszystkim uczniom usta, żeby nie zadawali głupich pytań, tylko słuchali poleceń i wykonywali je do końca bez względu na kres możliwości.
– wprowadzić kary cielesne za niesubordynację i krzywe spojrzenia.
– wcielać młodzież do armii i wysyłać na front, obojętnie w które miejsce globu.
– a tak w ogóle, to zlikwidować coś takiego, jak szkoła, bo przeszkadza i zabiera z trudem pożyczone pieniądze, które można by wydać np. na produkcję alkoholu, broni, druk dzieł Lenina.

Mariusz Sieraczkiewicz

P.S. Nie każmy im czekać, sami dokonajmy aktu likwidacji.