Dlaczego nie oglądam telewizji?

Podstawowa różnica między ekranem komputera, a ekranem telewizora polega na tym, że w komputerze teoretycznie oglądam to co chcę, zaś w telewizorze oglądam tylko to, co telewizor chce, abym oglądał. Refleksje podczas lektury pracy Erica Rothenbuhlera Komunikacja rytualna. Od rozmowy codziennej do ceremonii medialnej.

Telewizji nie oglądam dlatego, że nie miałem jej w domu przez pierwszych piętnaście lat życia. Był to wynik ideologicznej decyzji moich Drogich Rodziców – powód zdziwienia kolegów ze szkoły podstawowej i pedagogów. Wielu kolegów podejrzewało, że po prostu jestem z biednej rodziny i na telewizor nas nie stać. W pewnym sensie koledzy ci mieli rację – woleliśmy wydawać pieniądze na książki, a na tele-propagandę po prostu szkoda nam było czasu, bo przecież czas to pieniądz.

Ominęły mnie zatem hity pokoleniowe takie jak Stawka większa niż życie; ominęły mnie tasiemcowe seriale brazylijskie; niewiele też umiałem powiedzieć o Pszczółce Mai. Niestety nie ominęła mnie konieczność oglądania pogrzebu Breżniewa, bowiem nasza wychowawczyni – żona PRL-owskiego oficera – uznała ten spektakl za niezbędne narzędzie socjalizacji uczniów w II klasie szkoły podstawowej. No, ale szkoła przecież od czegoś jest, kurczę blade, nie od tego do szkoły chodzimy, żeby z niej wyjść z równie pustą głową jak do niej wchodzimy.

Rytuały w życiu Polaka w III RP

O ile jednak pogrzeb Breżniewa był pustą bolszewicką konwencją i ostatnim w życiu Breżniewa nieszczerym występem publicznym, o tyle prawdziwy rytuał społeczny jest czymś niesłychanie ważnym, gdyż wywodzi się historycznie ze sfery świętości, sfery sacrum i nawet dzisiaj, w codzienności zdesakralizowanej, do tej sfery należy. Sacrum jest bowiem tym, co traktujemy jako rzecz bezsporną i bezdyskusyjną. Dla lemingów rola Bolka w obaleniu komunizmu jest równie bezsporna i sakralna, jak dla nas odkrycia Sławomira Cenckiewicza i Piotra Gontarczyka. Wiara lemingów opiera się na nieracjonalnej interpretacji podanych wybiórczo faktów biograficznych. Wiara ta jest chwiejna, lemingi podskórnie czują, że jest fałszywa, dlatego kapłani Lemingradu odbywają wokół swoich idoli skomplikowane i wymagające sporych nakładów finansowych rytuały medialne, jak choćby ekranizacje mitu. Jedną z dróg do delemingizacji lemingów jest frontalne podważenie ich świętości i dekonstrukcja ich pseudotożsamości. Niestety jak do tej pory nie uwzględniamy roli medialnego rytuału, a może raczej nie umiemy mówić rytualnym językiem lemingów i może dlatego ciągle prawda przegrywa z fikcją. A przecież produkcja dziesięciominutowego rysunkowego klipu nie wymaga wielkich pieniędzy. Być może należałoby ogłosić konkurs na dobry animowany film o tematyce prawicowej. Konkurs dla dzieci, z atrakcyjnymi nagrodami. Potem zaś festiwal rysunkowych filmów prawicowych robionych przez dzieci. I tak dalej…

W rytuale wiara i działanie stają się jednym, co zdaniem antropologów najpełniej wyraża się w nabożeństwach religijnych, gdy wiara staje się rzeczywistością. Z rytuałem wiąże się też silnie potrzeba doznań estetycznych, dlatego tak bardzo razi niedbale urządzony kościół, fałszywie zawodzący ksiądz czy brak organów z prawdziwego zdarzenia. Rytuał wywodzi się zawsze z jakiejś konkretnej tradycji i jest wykonywany zawsze dla kogoś, nie może być więc organizowany ad hoc i tworzyć się in statu nascendi, bo inaczej ludzie nie mogliby w nim aktywnie uczestniczyć. Rytuał nie jest też zabawą, lecz czymś bardzo poważnym; jego przeprowadzenie wymaga sporych kompetencji. Uczestnictwo w rytuale jest czasem przymusowe w tym sensie, że trudno odmówić królowi złożenia przysięgi wierności, ale to nie znaczy, że nie można jej odmówić. Dlatego antropologowie twierdzą, że ważną cechą rytuału jest dobrowolne w nim uczestnictwo. Rytuał też pochodzi ze świata tak zwanej „magii”, ponieważ czynności jakie się wykonuje podczas rytuału są dla zewnętrznego obserwatora nieracjonalne, choć nabierają racjonalności wewnętrznej dla jego uczestników. Podtrzymywanie mitu wspomnianego TW Bolek wydaje się zewnętrznemu obserwatorowi nieracjonalne i zbędne, przynajmniej dopóty, dopóki nie zrozumie on motywacji wyznawców, a są one często bardzo trudne do dekonstrukcji i składają się z wielu warstw mitów odziedziczonych po przeszło dwustuletnim „PRL-u”. Podtrzymywanie mitu o Leszku, który samodzielnie obalił komunizm nie jest niestety pustą konwencją, a nawet kapłani tego kultu nie mają wyłącznie nieszczerych lub niegodziwych motywacji. Podobnie rzecz się ma, oczywiście z sektą pancernej brzozy, która, jak wiadomo, samodzielnie doprowadziła do katastrofy smoleńskiej…

Skuteczność symboliczna jest skutecznością prawdziwą. Rothenbuhler podaje przykład pewnego młodzieńca, który postanowił udowodnić, że szamani są oszustami. „Odebrał stosowne nauki, posiadł techniki ukrywania przedmiotów w ustach, plucia krwią w odpowiednich momentach itd. Wtedy chciał to wyjawić swoim kolegom. Jednak, wbrew swym oczekiwaniom, odkrył, że posiadł władzę uzdrawiania i że ludzie oczekują od niego, iż zacznie ją wykorzystywać”. Jak widać zatem rytuał i symbol, w odpowiednich okolicznościach społecznych, mogą doprowadzić do uzdrowienia chorego. Uzdrowienie lemingów drogą nieracjonalną jest możliwe, ale jak do tej pory nikomu nie udało się wcielić w postać uzdrowiciela. Być może podświadomie obawiamy się wzięcia na swe barki zbyt wielkiej odpowiedzialności za życie duchowe innych; może też wolelibyśmy, aby inni doszli do prawdy drogą racjonalną. Czy jednak wiara w rozum leminga nie jest wiarą fałszywą?

I tu dochodzimy do telewizora

Rothebuhler twierdzi, że rozmowa ma strukturę rytuału i nakierowana jest bardziej na skutek, niż na przekazywanie informacji. „Gdy działania ludzi kształtuje rytuał, badacze muszą sięgać po pojęcie rytuału w celu sformułowania problemów badawczych i hipotez. Taka logika dostarcza trafniejszych przewidywań, niż myślenie nieuwzględniające owego rozumienia rytuału”. I tak na przykład ciężko jest zrozumieć decyzje wyborcze moich rodaków bez uwzględnienia antropologicznej teorii rytuału, a zwłaszcza rytualnej formy komunikacji medialnej. Z jakichś powodów ogół obywateli skwapliwie korzysta z telewizora i celebruje oglądanie telewizji. W naszych czasach telewizja wdarła się przemocą do życia prywatnego do tego stopnia, że „oglądanie wiadomości wieczornych staje się częścią zrytualizowanego przejścia z dziennego czasu pracy w wieczorny czas odpoczynku lub z czasu rozłąki członków rodziny w czas spędzany razem”. W rezultacie telewizor staje się ołtarzem, z którego może wyskoczyć zarówno Nergal, jak i ojciec Tadeusz Rydzyk; zastępuje domowe ognisko, a czasem nawet małżeńskie łoże. Jak podaje Rothenbuhler, pierwsza w historii amerykańska gazeta z 1690 roku obiecywała, że będzie drukować „pamiętne objawienia Opatrzności Bożej”, przeto nie powinno nas dziwić we współczesnych wiadomościach ukryte moralizowanie.

Istotną ideą, która nadaje zawodowi dziennikarza rangę sakralną jest idea obiektywności.„Idea >obiektywności< jest” – jak stwierdza Rothenbuhler – „głęboko zakodowana w organizacji i praktyce pracy dziennikarskiej”. Dla nas brzmi to nieco zabawnie, gdyż idea obiektywności pojawiła się w Polsce dopiero w latach 90.; wcześniej obowiązkiem dziennikarza niezależnego było przecież przekazywanie prawdy… Otóż idea obiektywności dziennikarskiej polega – zdaniem Rothenbuhlera – na tym, że „dziennikarze mogą obiektywnie relacjonować to, co prezydent powiedział wczoraj o gospodarce, bez konieczności ustalenia, czy były to stwierdzenia słuszne, i bez konieczności zrozumienia teorii ekonomicznej”. Gdybyż jednak Rothenbuhler widział jak tę ideę realizuje się w naszym Bulustanie! Ponieważ dziennikarz jest w Polsce urzędnikiem reżimu, więc nie obca jest mu biurokratyczna spychologia. Nieważne jest dążenie do prawdy, czy pasja poznawania, gdyż to grozi tzw. „ideologizacją”, czyli wypisz-wymaluj Jankiem Pospieszalskim albo Ewą Stankiewicz. Pasja w wykonywaniu urzędowych czynności jest wysoce niestosowna, zatem z braku lepszego pomysłu dziennikarze zapraszają do studia jakichś polityków, którzy to i owo komentują, lub tak zwanych „ekspertów” (wszechwiedzących profesorów), aby wykorzystać ich jako pacynki w swoim spektaklu. Czasami spierają się dwie gadające głowy; w wersji bardziej upokarzającej sprowadza się większą gromadę polityków, wśród których jest tylko jeden przedstawiciel opozycji i postępuje się w myśl zasady „huzia na Józia” (do tej pory „Józiem” był zazwyczaj Adam Hofman). Innym karykaturalnym przykładem obiektywizmu dziennikarskiego są TVN-owskie Fakty, w których obiektywizm realizuje się następująco: namolny głos dziennikarza komentuje jakieś migawki, na chwilę wpuszcza się wyrwane z kontekstu wypowiedzi polityków, a na koniec następuje komentarz, w którym przedstawia się jakąś pseudo-szekspirowską alternatywę w stylu: „istnieją dwa wyjścia z sytuacji: albo Kaczyński poda się do dymisji, albo Tusk zostanie premierem”. Najciekawsze jest to, że modulacja głosu dziennikarzy TVP/Polsatu i TVN jest doskonale rozpoznawalna i rozróżnialna; misjonarski słowotok Sekielskiego jaskrawo kontrastuje z cedzeniem słów przez Jarosława Gugałę czy Kamila Durczoka (ten ostatni sprawia nawet wrażenie brzuchomówcy). Dzieje się tak dlatego, że stacje te mają odmienne strategie owej sakralnej propagandy, którą nazywają obiektywizmem.

Przekaz jednokierunkowy i interaktywny

Moi dziadkowie po mieczu żyjący przed wojną stali na baczność, gdy radio odgrywało Mazurka Dąbrowskiego. Już po wojnie babcia po kądzieli mówiła prezenterce telewizyjnej „dzień dobry”, a gdy rodzina próbowała jej wytłumaczyć, że prezenterka nie słyszy, babcia odpowiadała, że „może jednak słyszy”. Było to pokolenie ludzi, dla których radio i telewizor były żywymi przedmiotami, którym nadawano umownie status „telefonu”, za pośrednictwem którego można było aktywnie, lecz symbolicznie podłączyć się do większej wspólnoty. Podobną zapewne rolę spełniała przez lata teleewangelizacja. Ten czas jednak stopniowo przemija, a rola tak zwanych niezależnych dziennikarzy nie powinna polegać na utrzymywaniu coraz bardziej anachronicznej formy dziennikarstwa (jak w przypadku TV Republika), lecz na wdrażaniu realnej interaktywności. Świat opisany przez Rothenbuhlera, świat w którym dziennikarz jest kapłanem wygłaszającym kazanie, to świat z gruntu niedemokratyczny, ubezwłasnowalniający, świat w którym żurnalista uzurpuje sobie prawo do przemawiania w imieniu opinii publicznej. To jest uzurpacja władzy w czystej postaci. Czy naprawdę chcemy niezależnym i „niepokornym” dziennikarzom oddać to, co z taki trudem odzyskaliśmy dzięki internetowi? Chciałbym, aby świat uzurpatorów odszedł wreszcie w niepamięć.

Podstawowa różnica między ekranem komputera, a ekranem telewizora polega na tym, że w komputerze teoretycznie oglądam to co chcę, zaś w telewizorze oglądam tylko to, co telewizor chce, abym oglądał. Nie mam nic przeciwko niezależnym dziennikarzom i niezależnym mediom pod warunkiem, że nie są one jedynym źródłem informacji i że środki przekazu nie uprawiają nużącego monologu. Dodatkowo internet jest interaktywny, a najbardziej interaktywna jest blogosfera. Wyszukiwarki internetowe pełnią funkcje dość chaotycznie zorganizowanej biblioteki, której ideą jest powszechna dostępność wszystkiego – za darmo lub za pieniądze. Dzięki internetowi i jego interaktywności możemy testować reakcje na nasze poglądy lub próbki naszych poglądów. Możemy też przeprowadzać symulacje pewnych rytuałów, jak choćby symulację rytuału kłótni czy symulację desantu spadochroniarzy na wirtualny portal niepoprawni.pl (na którym publikuję najczęściej), tak jakby to był realny desant i realne środowisko przyjaciół. Możemy obserwować gry i konflikty, badać własne nasze reakcje i reakcje innych publicystów i komentatorów. Możemy sprawdzać, czy nasze działania i odruchy są skuteczne, czy też dajemy się spadochroniarzom zagonić w mentalne pułapki. Mamy niezrównane narzędzie do testowania demokracji. Nasi wrogowie od dawna z tego narzędzia korzystają…

Przyjdzie taki czas, że dojrzejemy do fazy drugiej. Spotkamy się wtedy w tak zwanym „realu” jak kiedyś działacze Pierwszej Solidarności. Doświadczymy prawdziwego desantu spadochroniarzy i dowiemy się, ile warte są nasze święte poglądy, nasze metody działania i my sami.

Jakub Brodacki

Reklamy

Genialny tekst o Owsiaku

„Buntownicy, których nie potrafiła spacyfikować milicja, poddali się obezwładniającej sile dobra.”

Serdecznie polecam! PRZECZYTAJ.


Profesor Legutko o edukacji w Polsce

Bardzo szanuję Pana Profesora za wiedzę, temperament, działalność i poglądy polityczne. Ostatnio opublikował interesujący artykuł o stanie polskiej edukacji w roku 2011 (podaję linka do wersji opublikowanej na portalu wpolityce.pl). Szkołę na szczęście skończyłem już dawno i także na szczęście nie jestem pedagogiem. Nie jestem też żadnym specem od edukacji, tylko kolekcjonerem uczniowskich opinii o szkole, zarówno tych które znam z gazetek szkolnych, jak i tych publikowanych w internecie. Z lat 80, 90 i z XXI wieku. Czytelnik może się z nimi zapoznać w zakładce antologia/uczniowie o szkole. Z ich lektury wyłania się obraz nieco inny, niż ten przedstawiony przez profesora. Poniżej przedstawię coś w rodzaju szkicowego konspektu polemiki z tezami profesora, napisanego na gorąco, ad hoc i bez głębokiego namysłu.

Jak napisał Profesor, pani minister Hall przyświeca ogólne hasło, że „szkoła przeładowana książkową wiedzą hamuje ucznia”. Chwalebne hasło! Niestety, czytając uczniowskie blogi mogę tylko powiedzieć, że uczniowie w dalszym ciągu nienawidzą szkoły za nadmiar niepotrzebnych informacji. A więc jeśli minister Hall wyznaje hasło odciążenia programu nauczania, to czyni tak zapewne dla poklasku, natomiast rzeczywista polityka oświatowa jest zupełnie inna.

Zdaniem Legutki, współczesna szkoła kieruje się zasadą partnerstwa, co on sam uważa za żart. Profesor Legutko stwierdza, że „Szkoła zapewni mu [uczniowi] ten rozwój, pytając go o zdanie, jakie są jego zainteresowania (bo oczywiście nie można nic narzucać – bo to nie po partnersku), zachęcając go jedynie do czytania, a nie każąc mu czytać, pytając go, co chce w szkole robić bądź nie robić. A na koniec zada pytanie, czy czuje się rozwinięty”. I znów – wracając do lektury uczniowskich blogów – nie widzę tego co widzi profesor Legutko ze swej katedry.

Kolejny cytat: „Mam nadzieję, że podobną drogą nie pójdzie minister zdrowia i nie nakaże pytać pacjenta, jak uważa, co lekarz powinien teraz zrobić, jakich leków użyć, jaki zabieg przeprowadzić? Tylko, broń Boże, niczego mu – uczniowi, pacjentowi – nie narzucać, bo to przemoc, która gasi kreatywność, zubaża i stanowi przejaw niczym nieuzasadnionej, wpędzającej we frustrację wyższości”. Problem w tym, że porównanie ucznia do pacjenta jest wysoce niestosowne. Zwłaszcza, że dla wielu uczniów szkoła jest przedsionkiem do wizyt u psychoterapeuty.

 I znowu: „Doprawdy niepojętym jest przekonanie, że zniesienie przymusu uwalnia w człowieku nieskończone siły twórcze, erupcję ukrytych talentów. Zdrowy rozsądek podpowiada, że sytuacja taka w większości skutkować będzie beztroskim pogrążeniem się w lenistwie bądź niewyszukanej zabawie”. No i tu niestety ręce mi opadły. Profesorze! Litości! Czy ma Pan na myśli także ludzi dorosłych? Bo jeśli tak, to istotnie żadna postać wolnego ustroju nie jest nam potrzebna… A gdzie wychowanie do demokracji? Gdzie nauka działania w grupie i wyrażania poglądów na forum publicznym? Gdzie te wszystkie cele klasycznej szkoły, opartej na wzorcach łacińskich, które czynią z nas obywateli?

Ale muszę też powiedzieć in plus, że zazwyczaj z tekstami konserwatystów mam ten problem, iż w miarę pogłębiania lektury dostrzegam w nich wiele mądrości. Legutko na przykład stwierdza „Skądinąd frapujące jest to, że za rozkwitanie dzieci w innowacyjności i różnorodności bierze się ekipa twardogłowych edukatorów, którzy niczym się od siebie nie różnią, bo jedyne, co potrafią, to nieustanne powtarzanie kilku odartych już dawno z jakiegokolwiek znaczenia zawsze tych samych zdań wystarczających za odpowiedź na każde możliwe pytanie o szkołę, a ich innowacyjność poparta jest nie wiadomo czym, bo z pewnością nie autorstwem choćby jednego z tych przytaszczonych z zagranicy zdań-zaklęć”. Tak, mnie też zawsze frapowało to, w jaki sposób polska szkoła ma być bardziej przyjazna dla dzieci, jeśli gros nauczycieli (nawet tych młodszych) ma lewicowo-zamordystyczne poglądy rodem z głębokiego PRL-u.

Niestety często też odnoszę wrażenie, że metody tych nauczycieli wprost utrafiają w gusta konserwatystów – i miałem na tym punkcie starcia jeszcze z młodymi konserwatystami w latach licealnych. Panie Profesorze! Jedną z widocznych i zdumiewających cudzoziemców cech szlachty polskiej w okresie renesansu i baroku było to, że ona się nikogo nie bała, stała prosto, prosto patrzyła w oczy i mówiła prawdę, nie krętaczyła. Ostatnie wybory pokazały, że w Polsce brakuje wychowania do wolności i wychowania do odwagi. Uczeń polski uczy się w polskiej szkole strachu, dorośli – przerażeni perspektywą wojny z Rosją – otaczają go strachem, a ulgi w tym strachu szuka w szeroko rozumianej pop-kulturze. Jeżeli tego nie zmienimy, to – powtórzę sam siebie: „budowa niepodległego państwa polskiego będzie niczym brnięcie po pas w zaspie śnieżnej”!

Jakub Brodacki


Podaj dalej. Uczniowski Front Odmowy

Czasopismo o ugruntowanym światopoglądzie anarchistycznym, piętnujące nieedukacyjne, uspołeczniające funkcje szkoły.

Redakcja:

Eliza Milewska
Ilona Jaworska
Mateusz Kwaterko junior

Poniżej niektóre teksty: