Szkoła w roku 2000

Obrazek fantastyczny

„Młode życie. Pismo młodzieży szkół średnich”. Nr 1/1946

=======================================================

Powoli podnoszę się, rozglądam ciekawie, przecieram oczy – nie wiem co się ze mną stało. Otaczają mnie młodzie i starzy ludzie, patrzą jak na jaki niezwykły okaz, ja na nich także. otoczony jestem przyrządami – aparatami, co do których przewijają mi sie przez głowę różne myśli. Jakiś osobnik wpycha mi przemoca do ust pigułkę, po której mózg mój zaczyna racjonalnie pracować, a mięśnie stają się sprężystymi, odczuwam, że staję się znowu sobą.
Zeskakując ze stołu-aparatu, na którym dotychczas leżałem, [w]staję i zaczynam chodzić. Skoro tylko uszedłem pięć kroków, jakiś pan pyta mi się o moje samopoczucie i poddaje mnie natychmiast systematycznym badaniom.
Naraz słyszę słowo „normalny” – zastanawiam się? Przecież nigdy nie zdradzałem śladów matołectwa. Dotychczas nie zdaję sobie jeszcze ze wszystkiego sprawy. Otaczający mnie ludzie mają skupiony wyraz twarzy, słychać – „winszuję profesorowi, udało się, naprawdę fenomenalne” pytam się tego p. prof. co to wszystko oznacza. – „Nic” odpowiada, pan znowu żyjesz. Zresztą niech pan słucha: – zmarł pan mając lat 30, a że ciało pana było dobrze zabalsamowane, więc biorąc pod uwagę wiek i stan ciała, powołaliśmy pana znowu do życia.
Pan jest właśnie pierwszym, któremu przywróciliśmy życie. Myślałem, że oszaleję. No nic, myślę sobie; królik doświadczalny, zaszkodzić nic nie mogło, a że sie udało, więc i ja jestem z tego rad. Tak mijały godziny, dni, lata. Byłem i jestem pupilem wszystkich – wiadomo pierwszy ex – trup. Raz zwiedzałem gimnazjum, postaram się je opisać:
Boże, cóż za dziwy, cóż za postępy w dziedzinie pedagogiki. Nie ma nudnego „kucia”, ślęczenia nad książka, czekania na spóźnione pociągi, z powodu których odchodziłem w 1946 roku prawie od zmysłów, nie wiedząc jak czas podzielić, by mieć parę wolnych chwil od nauki. Dziś gimnazjum, które zwiedziłem, ma własną: staję telewizyjno-nadawczą, nowoczesny rozbijatom, lotnisko i wiele innych udogodnień. Klasy są przestronne, jasne. Wnika do nich orzeźwiające powietrze górskie, morskie i zapachy naszych lasów, rozprowadzane specjalnymi aparatami. Każdy z uczni ma swój stolik – fotel z masy, nieprzyjmującej ni brudu, ni kurzu. Plan lekcji dzieli się: godziny filmu, telewizji, krytyki, oraz egzaminu z całodniowego materiału. Książki zastępują „mawiarki”, są to aparaty głośnikowe, które po nawininięciu na nie mikrotaśmy powtarzają wykłady profesorów lub uczonych całego świata. Oprócz tego za pomocą telewizji następuje wymiana wykładów profesorskich z gimnazjami kraju i zagranicy. Ustalono nareszcie język świata, którym jjest „aximawa”.
Opanowanie go jest tak łatwe, że wykłada się w nim dla lepszego opanowania już w klasach końcowych szkoły ludowej. Ponadto specjalne tabletki tak zwane „mózgówki” zapewniają uczniom trwałość pamięciową wygłaszanych wykładów.
Tego właśnie brakowało w roku 1946, był by to doskonały środek przeciw „wywietrzeniu” regułek, „katylinarki” lub tym podobnych rzeczy. Po zakończeniu lekcji, uczniowie otrzymują mikrotaśmy, celem przypomnienia sobie w domu szczególików. W czasie wakacji luksusowe „atomoloty” dały młodzieży poznać świat w rzeczywistości, a nie tylko z filmów, wykładów słowa żywego czy telewizji. A wszystko, jak się wyraziliśmy przed laty „za darmochę i bez lipy” bo panuje prawdziwa demokracja, a to dzięki wysokiej kulturze ojców państw, jak i blokowi dwóch. Jeśli mnie pamięć nie myli, to my pokolenie, które teraz przedstawiam, ex-trup, marzliśmy z powodu braku opału, który wówczas transportowano do Szwecji, czy też bezużytecznie leżał na hałdach, w kopalni, bo nasz rynek krajowy, widząc, że go nie dostanie w dostatecznej ilości, zrzekł się dla dobra innych. Taka to już polska natura. Marzliśmy jak szewcy (patrz mikrofilm nr 68364 dźwięk „sz”). Któż wówczas się tym przejmował, chyba jedynie nasz dyrektor, Panie świeć jego pamięci.

Czesław Raczkowski

Reklamy