Lista rzeczy, których dzieci najbardziej nie lubią w szkole

„Długie siedzenie w ławkach, ogłuszający hałas na przerwach, ekstremalny pośpiech w stołówce – to tylko niektóre rzeczy, zupełnie niezwiązane z samą nauką, z którymi muszą zmagać się uczniowie w szkole. Może niektóre z nich można zmienić, zanim zacznie się nowy rok szkolny…”

linos


Przybywa dzieci cierpiących na fobię szkolną

Jak podaje portal wpolityce.pl przybywa dzieci cierpiących na fobię szkolną. Jako główne przyczyny fobii portal podaje wszystko: rodziców, innych uczniów. Tylko o nauczycielach jakoś dziwnie nie wspomina…

przybywa dzieci cierpiących na fobię szkolną


Dlaczego nie oglądam telewizji?

Podstawowa różnica między ekranem komputera, a ekranem telewizora polega na tym, że w komputerze teoretycznie oglądam to co chcę, zaś w telewizorze oglądam tylko to, co telewizor chce, abym oglądał. Refleksje podczas lektury pracy Erica Rothenbuhlera Komunikacja rytualna. Od rozmowy codziennej do ceremonii medialnej.

Telewizji nie oglądam dlatego, że nie miałem jej w domu przez pierwszych piętnaście lat życia. Był to wynik ideologicznej decyzji moich Drogich Rodziców – powód zdziwienia kolegów ze szkoły podstawowej i pedagogów. Wielu kolegów podejrzewało, że po prostu jestem z biednej rodziny i na telewizor nas nie stać. W pewnym sensie koledzy ci mieli rację – woleliśmy wydawać pieniądze na książki, a na tele-propagandę po prostu szkoda nam było czasu, bo przecież czas to pieniądz.

Ominęły mnie zatem hity pokoleniowe takie jak Stawka większa niż życie; ominęły mnie tasiemcowe seriale brazylijskie; niewiele też umiałem powiedzieć o Pszczółce Mai. Niestety nie ominęła mnie konieczność oglądania pogrzebu Breżniewa, bowiem nasza wychowawczyni – żona PRL-owskiego oficera – uznała ten spektakl za niezbędne narzędzie socjalizacji uczniów w II klasie szkoły podstawowej. No, ale szkoła przecież od czegoś jest, kurczę blade, nie od tego do szkoły chodzimy, żeby z niej wyjść z równie pustą głową jak do niej wchodzimy.

Rytuały w życiu Polaka w III RP

O ile jednak pogrzeb Breżniewa był pustą bolszewicką konwencją i ostatnim w życiu Breżniewa nieszczerym występem publicznym, o tyle prawdziwy rytuał społeczny jest czymś niesłychanie ważnym, gdyż wywodzi się historycznie ze sfery świętości, sfery sacrum i nawet dzisiaj, w codzienności zdesakralizowanej, do tej sfery należy. Sacrum jest bowiem tym, co traktujemy jako rzecz bezsporną i bezdyskusyjną. Dla lemingów rola Bolka w obaleniu komunizmu jest równie bezsporna i sakralna, jak dla nas odkrycia Sławomira Cenckiewicza i Piotra Gontarczyka. Wiara lemingów opiera się na nieracjonalnej interpretacji podanych wybiórczo faktów biograficznych. Wiara ta jest chwiejna, lemingi podskórnie czują, że jest fałszywa, dlatego kapłani Lemingradu odbywają wokół swoich idoli skomplikowane i wymagające sporych nakładów finansowych rytuały medialne, jak choćby ekranizacje mitu. Jedną z dróg do delemingizacji lemingów jest frontalne podważenie ich świętości i dekonstrukcja ich pseudotożsamości. Niestety jak do tej pory nie uwzględniamy roli medialnego rytuału, a może raczej nie umiemy mówić rytualnym językiem lemingów i może dlatego ciągle prawda przegrywa z fikcją. A przecież produkcja dziesięciominutowego rysunkowego klipu nie wymaga wielkich pieniędzy. Być może należałoby ogłosić konkurs na dobry animowany film o tematyce prawicowej. Konkurs dla dzieci, z atrakcyjnymi nagrodami. Potem zaś festiwal rysunkowych filmów prawicowych robionych przez dzieci. I tak dalej…

W rytuale wiara i działanie stają się jednym, co zdaniem antropologów najpełniej wyraża się w nabożeństwach religijnych, gdy wiara staje się rzeczywistością. Z rytuałem wiąże się też silnie potrzeba doznań estetycznych, dlatego tak bardzo razi niedbale urządzony kościół, fałszywie zawodzący ksiądz czy brak organów z prawdziwego zdarzenia. Rytuał wywodzi się zawsze z jakiejś konkretnej tradycji i jest wykonywany zawsze dla kogoś, nie może być więc organizowany ad hoc i tworzyć się in statu nascendi, bo inaczej ludzie nie mogliby w nim aktywnie uczestniczyć. Rytuał nie jest też zabawą, lecz czymś bardzo poważnym; jego przeprowadzenie wymaga sporych kompetencji. Uczestnictwo w rytuale jest czasem przymusowe w tym sensie, że trudno odmówić królowi złożenia przysięgi wierności, ale to nie znaczy, że nie można jej odmówić. Dlatego antropologowie twierdzą, że ważną cechą rytuału jest dobrowolne w nim uczestnictwo. Rytuał też pochodzi ze świata tak zwanej „magii”, ponieważ czynności jakie się wykonuje podczas rytuału są dla zewnętrznego obserwatora nieracjonalne, choć nabierają racjonalności wewnętrznej dla jego uczestników. Podtrzymywanie mitu wspomnianego TW Bolek wydaje się zewnętrznemu obserwatorowi nieracjonalne i zbędne, przynajmniej dopóty, dopóki nie zrozumie on motywacji wyznawców, a są one często bardzo trudne do dekonstrukcji i składają się z wielu warstw mitów odziedziczonych po przeszło dwustuletnim „PRL-u”. Podtrzymywanie mitu o Leszku, który samodzielnie obalił komunizm nie jest niestety pustą konwencją, a nawet kapłani tego kultu nie mają wyłącznie nieszczerych lub niegodziwych motywacji. Podobnie rzecz się ma, oczywiście z sektą pancernej brzozy, która, jak wiadomo, samodzielnie doprowadziła do katastrofy smoleńskiej…

Skuteczność symboliczna jest skutecznością prawdziwą. Rothenbuhler podaje przykład pewnego młodzieńca, który postanowił udowodnić, że szamani są oszustami. „Odebrał stosowne nauki, posiadł techniki ukrywania przedmiotów w ustach, plucia krwią w odpowiednich momentach itd. Wtedy chciał to wyjawić swoim kolegom. Jednak, wbrew swym oczekiwaniom, odkrył, że posiadł władzę uzdrawiania i że ludzie oczekują od niego, iż zacznie ją wykorzystywać”. Jak widać zatem rytuał i symbol, w odpowiednich okolicznościach społecznych, mogą doprowadzić do uzdrowienia chorego. Uzdrowienie lemingów drogą nieracjonalną jest możliwe, ale jak do tej pory nikomu nie udało się wcielić w postać uzdrowiciela. Być może podświadomie obawiamy się wzięcia na swe barki zbyt wielkiej odpowiedzialności za życie duchowe innych; może też wolelibyśmy, aby inni doszli do prawdy drogą racjonalną. Czy jednak wiara w rozum leminga nie jest wiarą fałszywą?

I tu dochodzimy do telewizora

Rothebuhler twierdzi, że rozmowa ma strukturę rytuału i nakierowana jest bardziej na skutek, niż na przekazywanie informacji. „Gdy działania ludzi kształtuje rytuał, badacze muszą sięgać po pojęcie rytuału w celu sformułowania problemów badawczych i hipotez. Taka logika dostarcza trafniejszych przewidywań, niż myślenie nieuwzględniające owego rozumienia rytuału”. I tak na przykład ciężko jest zrozumieć decyzje wyborcze moich rodaków bez uwzględnienia antropologicznej teorii rytuału, a zwłaszcza rytualnej formy komunikacji medialnej. Z jakichś powodów ogół obywateli skwapliwie korzysta z telewizora i celebruje oglądanie telewizji. W naszych czasach telewizja wdarła się przemocą do życia prywatnego do tego stopnia, że „oglądanie wiadomości wieczornych staje się częścią zrytualizowanego przejścia z dziennego czasu pracy w wieczorny czas odpoczynku lub z czasu rozłąki członków rodziny w czas spędzany razem”. W rezultacie telewizor staje się ołtarzem, z którego może wyskoczyć zarówno Nergal, jak i ojciec Tadeusz Rydzyk; zastępuje domowe ognisko, a czasem nawet małżeńskie łoże. Jak podaje Rothenbuhler, pierwsza w historii amerykańska gazeta z 1690 roku obiecywała, że będzie drukować „pamiętne objawienia Opatrzności Bożej”, przeto nie powinno nas dziwić we współczesnych wiadomościach ukryte moralizowanie.

Istotną ideą, która nadaje zawodowi dziennikarza rangę sakralną jest idea obiektywności.„Idea >obiektywności< jest” – jak stwierdza Rothenbuhler – „głęboko zakodowana w organizacji i praktyce pracy dziennikarskiej”. Dla nas brzmi to nieco zabawnie, gdyż idea obiektywności pojawiła się w Polsce dopiero w latach 90.; wcześniej obowiązkiem dziennikarza niezależnego było przecież przekazywanie prawdy… Otóż idea obiektywności dziennikarskiej polega – zdaniem Rothenbuhlera – na tym, że „dziennikarze mogą obiektywnie relacjonować to, co prezydent powiedział wczoraj o gospodarce, bez konieczności ustalenia, czy były to stwierdzenia słuszne, i bez konieczności zrozumienia teorii ekonomicznej”. Gdybyż jednak Rothenbuhler widział jak tę ideę realizuje się w naszym Bulustanie! Ponieważ dziennikarz jest w Polsce urzędnikiem reżimu, więc nie obca jest mu biurokratyczna spychologia. Nieważne jest dążenie do prawdy, czy pasja poznawania, gdyż to grozi tzw. „ideologizacją”, czyli wypisz-wymaluj Jankiem Pospieszalskim albo Ewą Stankiewicz. Pasja w wykonywaniu urzędowych czynności jest wysoce niestosowna, zatem z braku lepszego pomysłu dziennikarze zapraszają do studia jakichś polityków, którzy to i owo komentują, lub tak zwanych „ekspertów” (wszechwiedzących profesorów), aby wykorzystać ich jako pacynki w swoim spektaklu. Czasami spierają się dwie gadające głowy; w wersji bardziej upokarzającej sprowadza się większą gromadę polityków, wśród których jest tylko jeden przedstawiciel opozycji i postępuje się w myśl zasady „huzia na Józia” (do tej pory „Józiem” był zazwyczaj Adam Hofman). Innym karykaturalnym przykładem obiektywizmu dziennikarskiego są TVN-owskie Fakty, w których obiektywizm realizuje się następująco: namolny głos dziennikarza komentuje jakieś migawki, na chwilę wpuszcza się wyrwane z kontekstu wypowiedzi polityków, a na koniec następuje komentarz, w którym przedstawia się jakąś pseudo-szekspirowską alternatywę w stylu: „istnieją dwa wyjścia z sytuacji: albo Kaczyński poda się do dymisji, albo Tusk zostanie premierem”. Najciekawsze jest to, że modulacja głosu dziennikarzy TVP/Polsatu i TVN jest doskonale rozpoznawalna i rozróżnialna; misjonarski słowotok Sekielskiego jaskrawo kontrastuje z cedzeniem słów przez Jarosława Gugałę czy Kamila Durczoka (ten ostatni sprawia nawet wrażenie brzuchomówcy). Dzieje się tak dlatego, że stacje te mają odmienne strategie owej sakralnej propagandy, którą nazywają obiektywizmem.

Przekaz jednokierunkowy i interaktywny

Moi dziadkowie po mieczu żyjący przed wojną stali na baczność, gdy radio odgrywało Mazurka Dąbrowskiego. Już po wojnie babcia po kądzieli mówiła prezenterce telewizyjnej „dzień dobry”, a gdy rodzina próbowała jej wytłumaczyć, że prezenterka nie słyszy, babcia odpowiadała, że „może jednak słyszy”. Było to pokolenie ludzi, dla których radio i telewizor były żywymi przedmiotami, którym nadawano umownie status „telefonu”, za pośrednictwem którego można było aktywnie, lecz symbolicznie podłączyć się do większej wspólnoty. Podobną zapewne rolę spełniała przez lata teleewangelizacja. Ten czas jednak stopniowo przemija, a rola tak zwanych niezależnych dziennikarzy nie powinna polegać na utrzymywaniu coraz bardziej anachronicznej formy dziennikarstwa (jak w przypadku TV Republika), lecz na wdrażaniu realnej interaktywności. Świat opisany przez Rothenbuhlera, świat w którym dziennikarz jest kapłanem wygłaszającym kazanie, to świat z gruntu niedemokratyczny, ubezwłasnowalniający, świat w którym żurnalista uzurpuje sobie prawo do przemawiania w imieniu opinii publicznej. To jest uzurpacja władzy w czystej postaci. Czy naprawdę chcemy niezależnym i „niepokornym” dziennikarzom oddać to, co z taki trudem odzyskaliśmy dzięki internetowi? Chciałbym, aby świat uzurpatorów odszedł wreszcie w niepamięć.

Podstawowa różnica między ekranem komputera, a ekranem telewizora polega na tym, że w komputerze teoretycznie oglądam to co chcę, zaś w telewizorze oglądam tylko to, co telewizor chce, abym oglądał. Nie mam nic przeciwko niezależnym dziennikarzom i niezależnym mediom pod warunkiem, że nie są one jedynym źródłem informacji i że środki przekazu nie uprawiają nużącego monologu. Dodatkowo internet jest interaktywny, a najbardziej interaktywna jest blogosfera. Wyszukiwarki internetowe pełnią funkcje dość chaotycznie zorganizowanej biblioteki, której ideą jest powszechna dostępność wszystkiego – za darmo lub za pieniądze. Dzięki internetowi i jego interaktywności możemy testować reakcje na nasze poglądy lub próbki naszych poglądów. Możemy też przeprowadzać symulacje pewnych rytuałów, jak choćby symulację rytuału kłótni czy symulację desantu spadochroniarzy na wirtualny portal niepoprawni.pl (na którym publikuję najczęściej), tak jakby to był realny desant i realne środowisko przyjaciół. Możemy obserwować gry i konflikty, badać własne nasze reakcje i reakcje innych publicystów i komentatorów. Możemy sprawdzać, czy nasze działania i odruchy są skuteczne, czy też dajemy się spadochroniarzom zagonić w mentalne pułapki. Mamy niezrównane narzędzie do testowania demokracji. Nasi wrogowie od dawna z tego narzędzia korzystają…

Przyjdzie taki czas, że dojrzejemy do fazy drugiej. Spotkamy się wtedy w tak zwanym „realu” jak kiedyś działacze Pierwszej Solidarności. Doświadczymy prawdziwego desantu spadochroniarzy i dowiemy się, ile warte są nasze święte poglądy, nasze metody działania i my sami.

Jakub Brodacki


Coraz więcej zwolenników edukacji domowej

Zdaniem naukowców i rodziców jest ona szansą na ominięcie pułapek, jakie zastawia na dzieci współczesna inżynieria społeczna w postaci programów nauczania. Polecam: http://niezalezna.pl/48691-coraz-wiecej-zwolennikow-edukacji-domowej


Genialny tekst o Owsiaku

„Buntownicy, których nie potrafiła spacyfikować milicja, poddali się obezwładniającej sile dobra.”

Serdecznie polecam! PRZECZYTAJ.


Pedagog, a jaki mądry! ;-)

Serdecznie polecam wykład Aleksandra Nalaskowskiego:

Aleksander Nalaskowski o szkoleTezy zapewne dyskusyjne. Z wieloma poglądami można się zgodzić, inne zdecydowanie bym odrzucił.

Nalaskowski nie mówi nic o skautingu (polecam: Skauting dla chłopców (i dziewcząt)), a szkoda. Jest to niezła alternatywa zarówno dla obecnej szkoły i gotowa do natychmiastowego wdrożenia. Zdejmuje też z rodziców wielki ciężar.

Pytanie jakie mi się nasuwa brzmi: czy szkoła musi być totalna? Czy dzieci muszą w niej spędzać aż tyle czasu? Dlaczego rodzice nie chcą (lub NIE MOGĄ) zajmowac się dziećmi w większym zakresie? Na to wszystko Nalaskowski nie odpowiedział, a przecież należy to ścisle do tematu.

Ciągle przecież mówimy o szkole, która w myśl Meyrinka „póty formuje rozum, póki dusza nie uschnie”.

Jakub Brodacki


13 przykazań współczesnej szkoły

Genialne!

ludzie piszą

Jam jest Fryderyk Wilhelm, który Cię wywiódł z domów, w szeregi ławek 200 lat temu zapędził.

  1. Nie będziesz miał wiedzy innej niż szkolna.
  2. Nie będziesz uznawał innych autorytetów niż nauczyciel i podręcznik.
  3. Pamiętaj, że są przedmioty ważne, mniej ważne i zupełnie nie ważne.
  4. Czcij podział na przedmioty, zeszyty i podręczniki. Historia, biologia, fizyka, matematyka – nie mają ze sobą nic wspólnego.
  5. Nie ucz (się) trudnego, zanim nie nauczysz (się) łatwego. A o tym, co jest łatwe, a co trudne decydują inni.
  6. Pamiętaj, że ani nauczyciel ani uczniowie nie decydują czego i jak się uczyć. Nic tak nie zniechęca do poznawania świat jak przymus.
  7. Oceniaj, oceniaj i jeszcze raz oceniaj. W ten sposób skutecznie zamienisz efektywną motywację wewnętrzną na nie przynoszącą korzyści w długim okresie motywację zewnętrzną. A przy okazji podzielisz przyszłych dorosłych obywateli na lepszych i gorszych. W mniemaniu własnym i innych.
  8. Pamiętaj, że kto się nie myli, nie błądzi…

View original post 149 słów więcej